Ponieważ to drugi wpis pod rząd, a wcale nie ostatni, to ograniczę trochę pisanie o niczym.
Powiem tylko tyle, że pobliski supermarket zaskoczył mnie ostatnio dostępnością mleka sojowego, co znacznie ułatwia mi teraz życie. W innym sklepie, do którego poszłam po wodę różaną (której nie mieli), kupiłam to:
Wygląda pięknie i jest piękne. W założeniu było do lemoniady różanej, ale na dwa litry lemoniady poszły tylko dwie łyżeczki i teraz trzeba zrobić coś z resztą - i wcale nie jest mi z tego powodu źle. Ponieważ ostatnio, ze względu na pogodę, jem lody praktycznie codziennie, nie miałam problemu z decyzją, do czego jeszcze tej róży użyć.
Zrobiłam jedno opakowanie (jakieś 250 ml) lodów czekoladowych i jedno - różanych.
Jeśli chodzi o proporcje, to na te 250 ml mleka sojowego użyłam łyżeczki płatków róży i moim zdaniem wyszło bardzo dobrze. Na drugie 250 ml poszła łyżka (niezbyt czubata) kakao i trochę ksylitolu. Najlepiej, żeby nie było za słodko, ale kakao jest na tyle gorzkie, że w tej proporcji można sypnąć jakieś 2 łyżeczki.
Sekret tkwi w mieszaniu. Pomijając to, że trzeba pozostałe składniki rozpuścić w mleku, to jeszcze trzeba mieszać lody w trakcie zamarzania, żeby nie powstała z tego zbita bryła. Myślę, że co pół godziny warto te lody przemieszać, więc trzeba przygotować cały dzień. Chyba, że jest się gotowym na późniejsze skrobanie (i ma się twarde łyżki).
Ja musiałam skrobać tak czy inaczej, ale nie było tak źle. To chyba wina potężnego chłodzenia w mojej zamrażarce.
Trzeba jeść szybko, bo niestety nie trzymają zimna jakoś genialnie. Ale i tak warto! Wegańskie lody dostępne w różnych sklepach kosztują co najmniej 20 zł za 400 ml, więc ciężko byłoby to przebić.
poniedziałek, 26 maja 2014
Chaotyczna kuchnia Luizy: Falafel
Zaczęło się od tego, że poszłam do dietetyka.
Akurat trochę chudłam, ale chciałam bardziej, poza tym chciałam dostać jakąś zrównoważoną dietę wegańską, poza tym ciekawił mnie pomiar składu ciała.
Poszłam, zostałam zmierzona, dostałam dietę, a w niej, między innymi, przepis na falafel. Pomyślałam sobie, że spoko, kiedyś sobie zrobię falafel.
A zaraz w budynku obok znajdował się (mam nadzieję, że wciąż tam jest) sklep ze zdrową żywnością. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że mówię tu o Siedlcach, a tam (przynajmniej w mojej okolicy) był kiedyś, owszem, sklep ze zdrową żywnością, ale długo się nie uchował. Szkoda, bo przynajmniej miałam tofu zaraz pod domem.
To jednak nie jest normalny sklep ze zdrową żywnością. To jest w sporej mierze sklep z ciekawostkami kulinarnymi, nawet niekoniecznie egzotycznymi, tylko naszymi, polskimi. Na środku sklepu stało całe mnóstwo pudeł i worków, z których sprzedawczyni nabierała na wagę orzechy, owoce (suszone i liofilizowane), kasze, różne rodzaje ryżu (nawet czerwony!) i owoce roślin strączkowych, w tym soja i ciecierzyca. I właśnie te ostatnie kupiłam zaraz po wizycie u pani dietetyczki.
Ale jakoś niespecjalnie mi się chciało robić ten falafel. Raz, góra dwa, zrobiłam coś z tych roślinek, a tak tylko trzymałam je w słoju (wspólnym, bo stwierdziłam, że to, co można zrobić z ciecierzycy, powinno dać się zrobić z soi i vice versa).
Aż w końcu w czwartek czy piątek dostałam Przegląd piaseczyński, a tam - przepis na falafel! Ponoć prawdziwy, egipski. Uznałam to za znak od egipskich bogów i przystąpiłam do dzieła.
Chciałam zeskanować przepis, ale nie mogę go znaleźć, więc tylko go mniej więcej przytoczę. Do mniej więcej 12 kulek, które zrobiłam, potrzeba:
około 350 ml ciecierzycy (suchej) - nie podaję w gramach, bo to bez sensu, łatwiej zmierzyć objętość, chyba że ma się wagę kuchenną, ale mało kto to ma; ja użyłam mieszanki z soją i nie widzę problemu
nieduża cebula
dwa ząbki czosnku (lub 5 małych w moim wypadku)
dwa nieduże ziemniaki
przyprawy
i wsio.
Filozofii nie ma. Przez noc trzeba namoczyć nasionka w sporej misce ze sporą ilością wody.
To już po namoczeniu. Soja to chyba to fasolkowate, a ciecierzyca wygląda jak duża kukurydza.
Jeśli chce się to zjeść z pitą, to należy zacząć od ciasta, żeby miało kiedy wyrosnąć. Nie podaję przepisu ani nic, bo moja pita nie wyszła. Chlip.
Falafel polecam zacząć od ugotowania ziemniaków. W tej kwestii chciałabym przekazać moje zdanie, że ziemniaki są dużo smaczniejsze, jeśli gotuje się je ze skórą, a jeśli są młode, to tę skórkę można spokojnie zjeść i ogólnie nie rozumiem obierania ziemniaków. Marnowanie jedzenia, ot co.
Kiedy ziemniaki się gotują, należy poszatkować cebulę i czosnek i wrzucić je razem z nasionami do blendera. Mój blender niestety kończy karierę, ale za pierwszym razem jeszcze mi się udało. Nie będzie problemu, jeśli doleje się trochę wody dla łatwiejszego mielenia. Byle nie za dużo. Potem pokroić ugotowane ziemniaki i dodać do zmielenia. Jeśli chodzi o przyprawy, to polecam pójście w klasykę: sól, pieprz, chili. Wymieszać, zrobić kuleczki i wyłożyć je na blachę lub coś innego płaskiego, i włożyć do lodówki na jakieś pół godziny.
Nie wiem, co to daje, bo nie ominęłam tego punktu.
Kiedy kotleciki się chłodzą, można zająć się pitą, czyli uformować placki i włożyć je do pieczenia.
Po tej połowie godziny można rozgrzać olej na patelni - musi być go sporo, to jedyny mankament falafela. Jeśli ktoś chce spróbować to upiec, to może warto spróbować, tylko trzeba uzbroić się w czas i cierpliwość, bo moje strasznie długo dochodziły, a i tak w końcu rzuciłam je na patelnię.
Mogę też powiedzieć, z czego zrobiłam sos: 4 pomidorki koktajlowe, 4 marynowane papryczki chili, ocet, cukier, kurkuma. Zmielone i tyle - sos wyszedł dość płynny.
Podałam to klasycznie z kapustą, ale nie mam zdjęcia, bo byłam strasznie głodna i od razu rzuciłam się do jedzenia.
Polecam. Niezbyt czasochłonne, bardzo niewymagające inteligencji i własnej inwencji.
Smacznego!
Akurat trochę chudłam, ale chciałam bardziej, poza tym chciałam dostać jakąś zrównoważoną dietę wegańską, poza tym ciekawił mnie pomiar składu ciała.
Poszłam, zostałam zmierzona, dostałam dietę, a w niej, między innymi, przepis na falafel. Pomyślałam sobie, że spoko, kiedyś sobie zrobię falafel.
A zaraz w budynku obok znajdował się (mam nadzieję, że wciąż tam jest) sklep ze zdrową żywnością. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że mówię tu o Siedlcach, a tam (przynajmniej w mojej okolicy) był kiedyś, owszem, sklep ze zdrową żywnością, ale długo się nie uchował. Szkoda, bo przynajmniej miałam tofu zaraz pod domem.
To jednak nie jest normalny sklep ze zdrową żywnością. To jest w sporej mierze sklep z ciekawostkami kulinarnymi, nawet niekoniecznie egzotycznymi, tylko naszymi, polskimi. Na środku sklepu stało całe mnóstwo pudeł i worków, z których sprzedawczyni nabierała na wagę orzechy, owoce (suszone i liofilizowane), kasze, różne rodzaje ryżu (nawet czerwony!) i owoce roślin strączkowych, w tym soja i ciecierzyca. I właśnie te ostatnie kupiłam zaraz po wizycie u pani dietetyczki.
Ale jakoś niespecjalnie mi się chciało robić ten falafel. Raz, góra dwa, zrobiłam coś z tych roślinek, a tak tylko trzymałam je w słoju (wspólnym, bo stwierdziłam, że to, co można zrobić z ciecierzycy, powinno dać się zrobić z soi i vice versa).
Aż w końcu w czwartek czy piątek dostałam Przegląd piaseczyński, a tam - przepis na falafel! Ponoć prawdziwy, egipski. Uznałam to za znak od egipskich bogów i przystąpiłam do dzieła.
Chciałam zeskanować przepis, ale nie mogę go znaleźć, więc tylko go mniej więcej przytoczę. Do mniej więcej 12 kulek, które zrobiłam, potrzeba:
około 350 ml ciecierzycy (suchej) - nie podaję w gramach, bo to bez sensu, łatwiej zmierzyć objętość, chyba że ma się wagę kuchenną, ale mało kto to ma; ja użyłam mieszanki z soją i nie widzę problemu
nieduża cebula
dwa ząbki czosnku (lub 5 małych w moim wypadku)
dwa nieduże ziemniaki
przyprawy
i wsio.
Filozofii nie ma. Przez noc trzeba namoczyć nasionka w sporej misce ze sporą ilością wody.
To już po namoczeniu. Soja to chyba to fasolkowate, a ciecierzyca wygląda jak duża kukurydza.
Jeśli chce się to zjeść z pitą, to należy zacząć od ciasta, żeby miało kiedy wyrosnąć. Nie podaję przepisu ani nic, bo moja pita nie wyszła. Chlip.
Falafel polecam zacząć od ugotowania ziemniaków. W tej kwestii chciałabym przekazać moje zdanie, że ziemniaki są dużo smaczniejsze, jeśli gotuje się je ze skórą, a jeśli są młode, to tę skórkę można spokojnie zjeść i ogólnie nie rozumiem obierania ziemniaków. Marnowanie jedzenia, ot co.
Kiedy ziemniaki się gotują, należy poszatkować cebulę i czosnek i wrzucić je razem z nasionami do blendera. Mój blender niestety kończy karierę, ale za pierwszym razem jeszcze mi się udało. Nie będzie problemu, jeśli doleje się trochę wody dla łatwiejszego mielenia. Byle nie za dużo. Potem pokroić ugotowane ziemniaki i dodać do zmielenia. Jeśli chodzi o przyprawy, to polecam pójście w klasykę: sól, pieprz, chili. Wymieszać, zrobić kuleczki i wyłożyć je na blachę lub coś innego płaskiego, i włożyć do lodówki na jakieś pół godziny.
Nie wiem, co to daje, bo nie ominęłam tego punktu.
Kiedy kotleciki się chłodzą, można zająć się pitą, czyli uformować placki i włożyć je do pieczenia.
Po tej połowie godziny można rozgrzać olej na patelni - musi być go sporo, to jedyny mankament falafela. Jeśli ktoś chce spróbować to upiec, to może warto spróbować, tylko trzeba uzbroić się w czas i cierpliwość, bo moje strasznie długo dochodziły, a i tak w końcu rzuciłam je na patelnię.
Mogę też powiedzieć, z czego zrobiłam sos: 4 pomidorki koktajlowe, 4 marynowane papryczki chili, ocet, cukier, kurkuma. Zmielone i tyle - sos wyszedł dość płynny.
Podałam to klasycznie z kapustą, ale nie mam zdjęcia, bo byłam strasznie głodna i od razu rzuciłam się do jedzenia.
Polecam. Niezbyt czasochłonne, bardzo niewymagające inteligencji i własnej inwencji.
Smacznego!
czwartek, 15 maja 2014
Eurowizja
Wkurza mnie ta sprawa, więc postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze.
Nie obejrzałam wszystkich występów, tylko kilka pierwszych z finału. Widziałam występ Cleo i jej towarzyszek i muszę stwierdzić, że mi się to podobało, mimo tego, że piosenka jest w moim odczuciu trochę irytująca. Moim zdaniem to dokładnie poziom Eurowizji.
Zacznę od występu Polski. Przede wszystkim - Polska to kraj tradycjonalistyczny. W te tradycje w jakiś sposób trafia Donatan i właściwie nie chodzi mi tyle o słowiańskość, co o te biusty. Co mają biusty wspólnego z tradycją? Moim zdaniem to jest przykład tradycyjnego podejścia do seksualności. Można się z tym kłócić, można wytykać przedmiotowe traktowanie kobiet, ale przecież nikt tych kobiet do niczego nie zmusił. Co to komu przeszkadza, że kobieta chce swoje fizyczne walory pokazywać. Nawet jeśli te walory byłyby efektem pracy chirurga, to moim zdaniem w niczym nie przeszkadza. Mężczyźni lubią cycki, wiele kobiet też lubi cycki, nie ma o co robić afery.
Ogólnie rzecz ujmując, Cleo oraz jej tancerki i performerki pokazały Polskę taką, jaka jest, dodatkowo podkolorowaną do tego, jaką Polacy chcieli Polskę widzieć - piękne kobiety świadome swojego piękna, bez kompleksów i wstydu, dumne ze swojej przynależności etnicznej. Moim zdaniem to była świetna reprezentacja narodu.
Co do samej piosenki: jak już napisałam we wstępie, trochę mnie ona irytuje. Głównie chodzi mi tu o linię melodyczną, jeśli tak można to nazwać. Wpada w ucho i może to dlatego tak mnie denerwuje. Głos Cleo też jest jak dla mnie nieco irytujący, ale jednocześnie podoba mi się to. Mam szacunek do każdego wokalisty, który śpiewa coś, czego ja bym się nie odważyła powtórzyć. Niesamowicie zazdroszczę kobietom, które potrafią tak dobrze śpiewać, a zazdrość zawsze łączy się u mnie z szacunkiem. Ja na pewno nie potrafiłabym zaśpiewać tak jak Cleo (pominę podstawowy problem, że nie umiem śpiewać w ogóle) i dlatego nie zamierzam jej krytykować.
Druga sprawa to komentarz Artura Orzecha, któremu polski występ raczej się nie podobał i powiedział, że "śpiewanie po angielsku to nie sposób na wygraną". Jasne, że nie, bo zbyt wielu wokalistów śpiewa po angielsku, ale jakoś pan Orzech wygłosił tę krytykę dopiero przy Cleo. Ja uważam, że śpiewanie po angielsku to już nie desperacka próba zebrania lepszej noty, a czysta grzeczność wobec zagranicznych widzów - może dobrze byłoby, żeby chociaż fragment treści piosenki dotarł do reszty Europy. Podobało mi się to, że część tekstu była po polsku, a część po angielsku. Połączenie kurtuazji z właściwym reprezentowaniem kraju. Co do śpiewania po angielsku - chyba nie tylko ja uważam, że Cleo dużo lepiej poradziła sobie w finale.
Chciałabym napisać też coś o Finlandii, ale jedyne, co jestem w stanie na ten temat napisać, to że podoba mi się to nieznacznie bardziej niż oryginalny Coldplay. Bo Softengine to jak dla mnie właściwie Coldplay.
No i na koniec Conchita Wurst. Piosenka naprawdę mi się podoba, ale nie mam o niej nic szczególnego do powiedzenia. Nie budzi we mnie wielkich uczuć, tak jak i zresztą sama wykonawczyni. W tym temacie mam do powiedzenia tylko "es ist mir wurst".
Więcej emocji budzą we mnie oczywiście reakcje na Conchitę Wurst, dokładnie dwie, które się powtarzają.
1. Co to ma być? To obrzydliwe. To facet czy kobieta? Fuj. Zboczeniec. / Skoro przebiera się za kobietę to czemu nie zmieni płci?
- Istnieje takie zjawisko jak drag. Są drag queen (popularniejsze) oraz drag king. Czasem ludzie niezależnie od swojej orientacji seksualnej lubią się przebierać za płeć przeciwną. Ot tak, dla eksperymentu albo dla zdobycia popularności.
Sama swego czasu grałam George Sand, kochankę Chopina, która lubiła wychodzić przebrana za faceta, bo jako kobiety nie wpuszczono by jej do wielu miejsc. Swoje książki też publikowała pod męskim nazwiskiem i z dzisiejszej perspektywy nikogo to nie gorszy. Jasne, kobieta chciała mieć prawo do czegokolwiek, więc musiała przebierać się za mężczyznę. Ale dzisiaj też płci są często izolowane i takie przebrania mogą się przydawać. A nawet, jeśli ktoś robi to tylko dla własnej przyjemności i zrobi na tym karierę, to co to komu szkodzi? Jeśli ktoś popiera cycki na Eurowizji, ponieważ czemu nie, to nie widzę powodu, dla którego kobieta z brodą miałaby nie zyskać poparcia.
2. Wygrała Eurowizję tylko dlatego, że jest inna. To konkurs piosenki, nie wyglądu! Manipulacja, oszustwo, głosy były ustawione!
- Pff. Jeśli tylko pojawi się na Eurowizji ktoś, kto swoją odmiennością zrobi furorę, to niewątpliwie wygra. Tak to działa. Parę lat temu wygrało Lordi, bo byli inni, a potem na Eurowizji w Finlandii połowę reprezentantów stanowiły zespoły metalowe. Czy Lordi zasłużyło na swoją wygraną? Szczerze wątpię, żeby nie było lepszej piosenki. Ale oni weszli, zrobili show, zagrali metal dla gimnazjalistów i wygrali. Ciężko mi stwierdzić, czy któraś piosenka w tym roku była lepsza od "Rise Like a Phoenix", ale jest to możliwe, a mimo to Conchita Wurst zyskała sympatię widzów i jury i wygrała. Dopatrywanie się oszustwa w tym, że ktoś nie zgadza się z większością Europy to moim zdaniem kiepski sposób na wyładowywanie frustracji.
Na podsumowanie przekażę Wam hasło, zgodnie z którym ostatnio staram się żyć: Wycziluj, ziom.
Pozdrawiam.
Nie obejrzałam wszystkich występów, tylko kilka pierwszych z finału. Widziałam występ Cleo i jej towarzyszek i muszę stwierdzić, że mi się to podobało, mimo tego, że piosenka jest w moim odczuciu trochę irytująca. Moim zdaniem to dokładnie poziom Eurowizji.
Zacznę od występu Polski. Przede wszystkim - Polska to kraj tradycjonalistyczny. W te tradycje w jakiś sposób trafia Donatan i właściwie nie chodzi mi tyle o słowiańskość, co o te biusty. Co mają biusty wspólnego z tradycją? Moim zdaniem to jest przykład tradycyjnego podejścia do seksualności. Można się z tym kłócić, można wytykać przedmiotowe traktowanie kobiet, ale przecież nikt tych kobiet do niczego nie zmusił. Co to komu przeszkadza, że kobieta chce swoje fizyczne walory pokazywać. Nawet jeśli te walory byłyby efektem pracy chirurga, to moim zdaniem w niczym nie przeszkadza. Mężczyźni lubią cycki, wiele kobiet też lubi cycki, nie ma o co robić afery.
Ogólnie rzecz ujmując, Cleo oraz jej tancerki i performerki pokazały Polskę taką, jaka jest, dodatkowo podkolorowaną do tego, jaką Polacy chcieli Polskę widzieć - piękne kobiety świadome swojego piękna, bez kompleksów i wstydu, dumne ze swojej przynależności etnicznej. Moim zdaniem to była świetna reprezentacja narodu.
Co do samej piosenki: jak już napisałam we wstępie, trochę mnie ona irytuje. Głównie chodzi mi tu o linię melodyczną, jeśli tak można to nazwać. Wpada w ucho i może to dlatego tak mnie denerwuje. Głos Cleo też jest jak dla mnie nieco irytujący, ale jednocześnie podoba mi się to. Mam szacunek do każdego wokalisty, który śpiewa coś, czego ja bym się nie odważyła powtórzyć. Niesamowicie zazdroszczę kobietom, które potrafią tak dobrze śpiewać, a zazdrość zawsze łączy się u mnie z szacunkiem. Ja na pewno nie potrafiłabym zaśpiewać tak jak Cleo (pominę podstawowy problem, że nie umiem śpiewać w ogóle) i dlatego nie zamierzam jej krytykować.
Druga sprawa to komentarz Artura Orzecha, któremu polski występ raczej się nie podobał i powiedział, że "śpiewanie po angielsku to nie sposób na wygraną". Jasne, że nie, bo zbyt wielu wokalistów śpiewa po angielsku, ale jakoś pan Orzech wygłosił tę krytykę dopiero przy Cleo. Ja uważam, że śpiewanie po angielsku to już nie desperacka próba zebrania lepszej noty, a czysta grzeczność wobec zagranicznych widzów - może dobrze byłoby, żeby chociaż fragment treści piosenki dotarł do reszty Europy. Podobało mi się to, że część tekstu była po polsku, a część po angielsku. Połączenie kurtuazji z właściwym reprezentowaniem kraju. Co do śpiewania po angielsku - chyba nie tylko ja uważam, że Cleo dużo lepiej poradziła sobie w finale.
Chciałabym napisać też coś o Finlandii, ale jedyne, co jestem w stanie na ten temat napisać, to że podoba mi się to nieznacznie bardziej niż oryginalny Coldplay. Bo Softengine to jak dla mnie właściwie Coldplay.
No i na koniec Conchita Wurst. Piosenka naprawdę mi się podoba, ale nie mam o niej nic szczególnego do powiedzenia. Nie budzi we mnie wielkich uczuć, tak jak i zresztą sama wykonawczyni. W tym temacie mam do powiedzenia tylko "es ist mir wurst".
Więcej emocji budzą we mnie oczywiście reakcje na Conchitę Wurst, dokładnie dwie, które się powtarzają.
1. Co to ma być? To obrzydliwe. To facet czy kobieta? Fuj. Zboczeniec. / Skoro przebiera się za kobietę to czemu nie zmieni płci?
- Istnieje takie zjawisko jak drag. Są drag queen (popularniejsze) oraz drag king. Czasem ludzie niezależnie od swojej orientacji seksualnej lubią się przebierać za płeć przeciwną. Ot tak, dla eksperymentu albo dla zdobycia popularności.
Sama swego czasu grałam George Sand, kochankę Chopina, która lubiła wychodzić przebrana za faceta, bo jako kobiety nie wpuszczono by jej do wielu miejsc. Swoje książki też publikowała pod męskim nazwiskiem i z dzisiejszej perspektywy nikogo to nie gorszy. Jasne, kobieta chciała mieć prawo do czegokolwiek, więc musiała przebierać się za mężczyznę. Ale dzisiaj też płci są często izolowane i takie przebrania mogą się przydawać. A nawet, jeśli ktoś robi to tylko dla własnej przyjemności i zrobi na tym karierę, to co to komu szkodzi? Jeśli ktoś popiera cycki na Eurowizji, ponieważ czemu nie, to nie widzę powodu, dla którego kobieta z brodą miałaby nie zyskać poparcia.
2. Wygrała Eurowizję tylko dlatego, że jest inna. To konkurs piosenki, nie wyglądu! Manipulacja, oszustwo, głosy były ustawione!
- Pff. Jeśli tylko pojawi się na Eurowizji ktoś, kto swoją odmiennością zrobi furorę, to niewątpliwie wygra. Tak to działa. Parę lat temu wygrało Lordi, bo byli inni, a potem na Eurowizji w Finlandii połowę reprezentantów stanowiły zespoły metalowe. Czy Lordi zasłużyło na swoją wygraną? Szczerze wątpię, żeby nie było lepszej piosenki. Ale oni weszli, zrobili show, zagrali metal dla gimnazjalistów i wygrali. Ciężko mi stwierdzić, czy któraś piosenka w tym roku była lepsza od "Rise Like a Phoenix", ale jest to możliwe, a mimo to Conchita Wurst zyskała sympatię widzów i jury i wygrała. Dopatrywanie się oszustwa w tym, że ktoś nie zgadza się z większością Europy to moim zdaniem kiepski sposób na wyładowywanie frustracji.
Na podsumowanie przekażę Wam hasło, zgodnie z którym ostatnio staram się żyć: Wycziluj, ziom.
Pozdrawiam.
piątek, 2 maja 2014
ZOO
Byłam dziś w zoo i było to smutne.
Zwierzęta są wspaniałe i to cudowne mieć do nich dostęp, ale chyba dla ich dobra byłoby lepiej, gdyby ludzi trzymać z dala od nich. Za pancernym szkłem i ogrodzeniem pod napięciem.
W przypadku dużych zwierząt takich jak słonie, żyrafy czy nosorożce, łatwo jest zapewnić im bezpieczeństwo, wciąż pozwalając ludziom, by je oglądać. Niestety, gorzej jest z mniejszymi zwierzątkami, takimi jak kapucynki.
Sporo małpek w praskim zoo ma podwójne wybiegi. Można je zobaczyć od zewnątrz za kratami albo w budynku za szkłem. Niektóre jednak są tylko na zewnątrz, choć może było to dzisiaj tymczasowe - nie wiem. W każdym razie kapucynka siedziała przy kracie i interesowała się ludźmi, a ludzie kapucynką. Zauważyłam, że interesowali się nią za bardzo, bo wbijali na patyk kawałek jabłka i podawali małpce, która chętnie się częstowała. Głównie zajmował się tym, hm, jakiś facet. Podeszłam więc do niego i zapytałam, czy jest pracownikiem zoo. Powiedział, że nie, więc zapytałam, dlaczego w takim razie karmi małpkę, skoro metr od jego twarzy wisiała tabliczka przypominająca o zakazie karmienia zwierząt.
Żeby dziecku zrobić frajdę.
Powiedział, że doskonale wie o zakazie, ale chciał, żeby dziecko się cieszyło patrząc, jak kapucynka je bezmyślnie podane jabłka. Obecna tam dziewczyna była umiarkowanie zainteresowana małpką. Patrzyła, ale nawet nic nie mówiła i nie wykazywała szczególnego podekscytowania, ale też nie byłam w pobliżu bardzo długo.
Żeby dziecku zrobić frajdę. Czułam, jak mnie krew zalewa.
- Ja jestem świadomy, że nie wolno - tłumaczył się facet.
- To tym gorzej, że jest pan świadomy, a mimo to karmi.
Przecież nie chodzi o to, żeby po prostu narzucić jakąś dyscyplinę, ot choćby dla kultury. Tu chodzi o bezpieczeństwo zwierząt, które jedzą określone pokarmy w określonych godzinach.
Rodzina z dzieckiem często wróży nieszczęście, bo pod wpływem dzieci ludzie kompletnie głupieją i zamiast dawać przykład, sami cofają się do poziomu intelektualnego kilkulatka.
Ale sami dorośli przecież też mogą być idiotami.
Przy miejscu, gdzie mieszkają krokodyle, roi się od tabliczek informujących o zakazie wrzucania monet. Zdziwiły mnie one, bo trzeba być skończonym debilem, żeby do każdej możliwej wody wrzucać monety, po co zresztą to robić - nie mam pojęcia. Jak już ktoś bardzo chce, to na terenie zoo jest też fontanna. A jednak - w wodzie, w której mają pływać krokodyle, na dnie leżały monety, wcale nie tak znowu mało. Pływały tam też ryby i, wedle tabliczek, żółw. I ktoś wrzucał tam monety.
Nasuwa mi się przy tym pytanie, dlaczego, ale po krótkim przemyśleniu stwierdzam, że nie chcę znać motywów kierujących osobami, które postępują tak głupio. Chyba wolę nie rozumieć.
W przypadku dużych zwierząt takich jak słonie, żyrafy czy nosorożce, łatwo jest zapewnić im bezpieczeństwo, wciąż pozwalając ludziom, by je oglądać. Niestety, gorzej jest z mniejszymi zwierzątkami, takimi jak kapucynki.
Sporo małpek w praskim zoo ma podwójne wybiegi. Można je zobaczyć od zewnątrz za kratami albo w budynku za szkłem. Niektóre jednak są tylko na zewnątrz, choć może było to dzisiaj tymczasowe - nie wiem. W każdym razie kapucynka siedziała przy kracie i interesowała się ludźmi, a ludzie kapucynką. Zauważyłam, że interesowali się nią za bardzo, bo wbijali na patyk kawałek jabłka i podawali małpce, która chętnie się częstowała. Głównie zajmował się tym, hm, jakiś facet. Podeszłam więc do niego i zapytałam, czy jest pracownikiem zoo. Powiedział, że nie, więc zapytałam, dlaczego w takim razie karmi małpkę, skoro metr od jego twarzy wisiała tabliczka przypominająca o zakazie karmienia zwierząt.
Żeby dziecku zrobić frajdę.
Powiedział, że doskonale wie o zakazie, ale chciał, żeby dziecko się cieszyło patrząc, jak kapucynka je bezmyślnie podane jabłka. Obecna tam dziewczyna była umiarkowanie zainteresowana małpką. Patrzyła, ale nawet nic nie mówiła i nie wykazywała szczególnego podekscytowania, ale też nie byłam w pobliżu bardzo długo.
Żeby dziecku zrobić frajdę. Czułam, jak mnie krew zalewa.
- Ja jestem świadomy, że nie wolno - tłumaczył się facet.
- To tym gorzej, że jest pan świadomy, a mimo to karmi.
Przecież nie chodzi o to, żeby po prostu narzucić jakąś dyscyplinę, ot choćby dla kultury. Tu chodzi o bezpieczeństwo zwierząt, które jedzą określone pokarmy w określonych godzinach.
Rodzina z dzieckiem często wróży nieszczęście, bo pod wpływem dzieci ludzie kompletnie głupieją i zamiast dawać przykład, sami cofają się do poziomu intelektualnego kilkulatka.
Ale sami dorośli przecież też mogą być idiotami.
Przy miejscu, gdzie mieszkają krokodyle, roi się od tabliczek informujących o zakazie wrzucania monet. Zdziwiły mnie one, bo trzeba być skończonym debilem, żeby do każdej możliwej wody wrzucać monety, po co zresztą to robić - nie mam pojęcia. Jak już ktoś bardzo chce, to na terenie zoo jest też fontanna. A jednak - w wodzie, w której mają pływać krokodyle, na dnie leżały monety, wcale nie tak znowu mało. Pływały tam też ryby i, wedle tabliczek, żółw. I ktoś wrzucał tam monety.
Nasuwa mi się przy tym pytanie, dlaczego, ale po krótkim przemyśleniu stwierdzam, że nie chcę znać motywów kierujących osobami, które postępują tak głupio. Chyba wolę nie rozumieć.
środa, 9 kwietnia 2014
Tempora mutantur
Dziwne bywają ciągi skojarzeniowe, które prowadzą do nowych przemyśleń.
Dzisiaj, na przykład, stanęłam na wagę i zobaczyłam, że w końcu ważę tyle, co kiedyś. Gdyby miało to miejsce dwa lata temu, nie zrobiłby na mnie praktycznie żadnego wrażenia. Jeśli jednak przytyje się ponad 6 kilogramów, to powrót do normalności przynosi wielkie szczęście i ulgę.
Tempora mutantur et nos mutamur in illis.
Stara prawda głosi, że trzeba coś stracić, żeby to docenić, nie dotyczy to tylko zdrowia. Ale zasada działa też w drugą stronę - nie zauważamy czasem, jak głębokie jest bagno, w którym siedzimy, dopóki się z niego w końcu nie wydostaniemy. W ten sposób można nabawić się złych wspomnień na całe życie, ale to przecież ważna lekcja - ponoć najlepiej, chociaż na pewno nie najprzyjemniej, jest uczyć się na własnych błędach.
I tak też nauczyłam się, że kebab to wcale nie tak świetny obiad, jak mogłoby się zdawać, słodycze to wilk w owczej skórze, a coca-cola może być napojem bogów, ale to nie oznacza, że jest równie dobra dla ludzi.
Gdyby tylko była to nauka równie trwała, co dosadna. Niestety, całkiem niedawno zostawiłam w sklepie portfel - dokładnie tak samo, jak przed laty w innym miejscu. Tym razem zakończenie było szczęśliwe, ale wcale nie wynikało to z mojego doświadczenia.
Czasy się zmieniły, bo tym razem pracownicy sklepu odłożyli portfel w bezpieczne miejsce i nikt go nie ukradł, ale i ja męczyłam panią przy kasie, dopóki nie przyszła kierowniczka, czego na pewno nie zrobiłabym wtedy.
Na szczęście moje blogi z tamtych czasów od dawna już nie istnieją, ale gdyby można było je przeczytać, zauważylibyśmy różnicę. Choć sporo dzisiejszych blogasków przypomina trochę te z czasów mojego gimnazjum (a nawet podstawówki), to jednak zmianę da się zauważyć w ogólnym trendzie, choćby o tyle, że anonimowość ma mniejsze znaczenie (trudno byłoby prowadzić blogaska modowego, nie pokazując tam swojej twarzy, więc może to miało wpływ - jak też fakt, że facebook każe nam posługiwać się imieniem i nazwiskiem). Stąd też taka a nie inna forma mojego bloga.
Gdyby od chwili mojego urodzenia czasy się nie zmieniły, to na pewno nie miałabym niebieskich włosów i raczej nie studiowałabym filologii ugrofińskiej. Na szczęście świat się zmienia, co prowadzi do kolejnego skojarzenia w ciągu: jak niesamowicie ważna jest śmierć.
Ewentualne znaczne wydłużanie życia ludzi to dla mnie perspektywa niesamowicie przerażająca. Z jednej strony, mogłoby doprowadzić do tego, że starzy ludzie, a więc ci mniej chętni do dopuszczania przemian społecznych (co jest naturalne, bo często ludzie chcą zachować to środowisko, w którym dorośli) dłużej utrzymywaliby swoje wpływy, więc spowalnialiby rozwój ludzkości. Z drugiej strony, jeśli odcięto by im wpływy, to musieliby oni żyć w społeczeństwie, które im nie odpowiada lub któremu oni nie odpowiadają. Tak czy inaczej, tworzyłoby to nowe problemy wedle zasady, że wszyscy naraz nie mogą być zadowoleni.
Czasy się zmieniają, ale niektóre rzeczy nie znikają, a te same problemy dręczą kolejne pokolenia. I zastanawiam się, czy kiedyś te problemy zostaną rozwiązane, czy będą powracać tak długo, jak będzie trwała ludzkość. Zastanawiam się, czy Horacy kiedyś w końcu wszystek umrze, póki jeszcze będą istnieli ludzie.
Co by nie było, cieszę się, że nie zostanę na tym świecie na zawsze.
poniedziałek, 27 stycznia 2014
Chaotyczna kuchnia Luizy: Lohikeitto
Nie przepadam za obowiązkowym tematem "jedzenie" podczas nauki języka, bo wiem, że przez kolejne zajęcia będę ciągle głodna i będę miała ochotę na różne dziwne potrawy. I tak, kiedy ostatnio na fińskim oglądaliśmy kolejny filmik z serii "Supisuomea", nabrałam okropnej ochoty na zupę łososiową. Od piątku parę razy ochota mi przechodziła i wracała, aż w końcu musiałam pójść dzisiaj do sklepu po bejcę i przy okazji skoczyłam po łososia. Do tematu bejcy wrócę w kolejnym wpisie, a jeśli chodzi o lohikeitto à la Luïza, to składniki są następujące:
0,444 kg płatu z łososia, bo tyle się ukroiło; poza tym nie kupiłam filetu, bo nie przesadzajmy z burżujstwem na jedną zupę,
1 duży por,
+/- 6 małych ziemniaków (nie mam pojęcia, ile ich właściwie użyłam),
2 marchewki,
pół kostki masła,
małe opakowanie śmietany 18%,
trochę kopru (ponoć łosoś+koper to niezawodne połączenie),
liść laurowy,
sól i pieprz.
Wykorzystałam jakieś różne przepisy, które Google podaje po wyszukaniu "lohikeitto" i dodałam do nich marchewki. Przepis, którego raczej bardziej się trzymałam, podaje oliwę z oliwek zamiast masła, co uznałam za niefińskie i na podstawie jakiejś innej wersji trzymałam się masła. Poza tym uważam, że marchewki są cennym składnikiem ze względu na kolor, inaczej zupa wyglądałaby mniej przyjemnie i kolorowo.
Podam zoptymalizowaną kolejność czynności. Polecam zacząć od przekrojenia pora wzdłuż, a następnie pocięcia w talarki.
Kiedy por jest gotowy, można podgrzewać w garnku masło w ilości ok. 3 łyżek stołowych.
Kiedy całe się już roztopi, wrzucamy na to pora. Polecam trzymać to pod przykrywką, bo hałasuje. Przynajmniej u mnie hałasowało.
Zanim się roztopi, zdążymy zacząć obierać ziemniaki oraz marchewki. Pokroimy je, kiedy por zacznie się już smażyć. A kiedy się usmaży, wlewa się do niego jakieś 2,5 szklanki wody. Myślę, że u mnie gęstość wyszła w sam raz, ale użyłam dużej szklanki. Pomiary wskazują, że mogłam tam wlać ok. 750 ml wody. Do tego wrzuca się liść laurowy i czeka, aż się zagotuje.
W międzyczasie kończymy kroić ziemniaki i marchewkę.
Jeśli woda już się gotuje, wrzucamy tam nasze warzywka. Czas na łososia. Ponieważ kupiliśmy wersję tańszą, trzeba teraz zdjąć skórę i wyjąć ości, co na szczęście nie jest szczególnie uciążliwe. Następnie kroimy łososia w kawałki takiej wielkości, jakie chcielibyśmy mieć w zupie. Kiedy ziemniaki już nieco zmiękną (a zanim to się stanie, można przygotować sobie śmietanę i przyprawy), wrzucamy do garnka łososia.
Łosoś nie wymaga długiego gotowania, myślę, że to potrwa dosłownie 5 minut. Po tym czasie dodajemy śmietanę (na zdjęciu wyżej już jest śmietana), koper, sól i pieprz.
Gotową zupę nakładamy do najmniejszych miseczek jakie mamy, bo jest bardzo sycąca. Nie ukrywając - tak przygotowana fińska zupa łososiowa jest gęsta, ciężka i tłusta, obok łososia wyraźnie czuć w niej nabiał. Raczej nie polecałabym na lato, ale na mroźny zimowy dzień jest wspaniała.
Ach, zapomniałabym - to nie jest "pierwsze danie", to pełnoprawny posiłek. Choć Piotr deklarował jeszcze chęć na ewentualne drugie danie, to tylko świadczy o jego szaleństwie. Zwykły śmiertelnik powinien się tym najeść aż za bardzo.
Uff, ja właśnie najadłam się kilkoma łyżkami.
Tak czy inaczej... Smacznego!
0,444 kg płatu z łososia, bo tyle się ukroiło; poza tym nie kupiłam filetu, bo nie przesadzajmy z burżujstwem na jedną zupę,
1 duży por,
+/- 6 małych ziemniaków (nie mam pojęcia, ile ich właściwie użyłam),
2 marchewki,
pół kostki masła,
małe opakowanie śmietany 18%,
trochę kopru (ponoć łosoś+koper to niezawodne połączenie),
liść laurowy,
sól i pieprz.
Wykorzystałam jakieś różne przepisy, które Google podaje po wyszukaniu "lohikeitto" i dodałam do nich marchewki. Przepis, którego raczej bardziej się trzymałam, podaje oliwę z oliwek zamiast masła, co uznałam za niefińskie i na podstawie jakiejś innej wersji trzymałam się masła. Poza tym uważam, że marchewki są cennym składnikiem ze względu na kolor, inaczej zupa wyglądałaby mniej przyjemnie i kolorowo.
Podam zoptymalizowaną kolejność czynności. Polecam zacząć od przekrojenia pora wzdłuż, a następnie pocięcia w talarki.
Kiedy por jest gotowy, można podgrzewać w garnku masło w ilości ok. 3 łyżek stołowych.
Kiedy całe się już roztopi, wrzucamy na to pora. Polecam trzymać to pod przykrywką, bo hałasuje. Przynajmniej u mnie hałasowało.
Zanim się roztopi, zdążymy zacząć obierać ziemniaki oraz marchewki. Pokroimy je, kiedy por zacznie się już smażyć. A kiedy się usmaży, wlewa się do niego jakieś 2,5 szklanki wody. Myślę, że u mnie gęstość wyszła w sam raz, ale użyłam dużej szklanki. Pomiary wskazują, że mogłam tam wlać ok. 750 ml wody. Do tego wrzuca się liść laurowy i czeka, aż się zagotuje.
W międzyczasie kończymy kroić ziemniaki i marchewkę.
Jeśli woda już się gotuje, wrzucamy tam nasze warzywka. Czas na łososia. Ponieważ kupiliśmy wersję tańszą, trzeba teraz zdjąć skórę i wyjąć ości, co na szczęście nie jest szczególnie uciążliwe. Następnie kroimy łososia w kawałki takiej wielkości, jakie chcielibyśmy mieć w zupie. Kiedy ziemniaki już nieco zmiękną (a zanim to się stanie, można przygotować sobie śmietanę i przyprawy), wrzucamy do garnka łososia.
Łosoś nie wymaga długiego gotowania, myślę, że to potrwa dosłownie 5 minut. Po tym czasie dodajemy śmietanę (na zdjęciu wyżej już jest śmietana), koper, sól i pieprz.
Gotową zupę nakładamy do najmniejszych miseczek jakie mamy, bo jest bardzo sycąca. Nie ukrywając - tak przygotowana fińska zupa łososiowa jest gęsta, ciężka i tłusta, obok łososia wyraźnie czuć w niej nabiał. Raczej nie polecałabym na lato, ale na mroźny zimowy dzień jest wspaniała.
Ach, zapomniałabym - to nie jest "pierwsze danie", to pełnoprawny posiłek. Choć Piotr deklarował jeszcze chęć na ewentualne drugie danie, to tylko świadczy o jego szaleństwie. Zwykły śmiertelnik powinien się tym najeść aż za bardzo.
Uff, ja właśnie najadłam się kilkoma łyżkami.
Tak czy inaczej... Smacznego!
poniedziałek, 13 stycznia 2014
Dwa zakupy których nie żałuję (na razie)
Oczywiście, w tytule zawarty jest żart. Nie zamierzam w ogóle żałować tych zakupów.
Numer jeden to lunchbox.
Jest ci na Żoliborzu sklep z lunchboksami. Lunchboksy ogólnie przywodzą mi na myśl wszelkie "szkolne" anime, w których japońscy uczniowie zajadają się na przerwach domowym sushi. O ile sushi nie znoszę, o tyle tęskno mi do domowego jedzenia, gdy na przerwach między zajęciami kupuję hot-dogi w barze na wydziale. Nic nie zastąpi posiłków przygotowywanych dla dzieci przez rodziców, które smakują miłością. Odkryłam to już w liceum, podbierając kolegom kanapki, których dostawali do szkoły za dużo. Ech, nie doceniali oni skarbu, jakim jest jedzenie.
Zanim naprawdę przejdę do mojego lunchboksu, krótka dygresja na temat kanapek z miłością. To może i brzmi śmiesznie, but I mean it. Rodzice naprawdę wkładają miłość w kanapki robione dla dzieci. Pamiętam, jak jeszcze w podstawówce dostałam od kolegi kanapkę i tak miłość miała smak ketchupu (no serio, kanapka z ketchupem, to było dla mnie niesamowite). Kiedy chodziłam do gimnazjum, mama robiła mi kanapki, w których miłość miała smak świeżej bułki z pestkami dyni (moja mama o szóstej rano wychodziła do piekarni po świeże pieczywo... a mogłam zostać w Siedlcach) oraz fińskiego masła.
W liceum też kradłam kanapki, w których miłość smakowała serkiem śmietankowym albo masłem, albo warzywami... Liceum było takim dziwnym czasem w moim życiu, w którym jednocześnie poznałam wartość domowych posiłków, jak i przyzwyczaiłam się do gotowego jedzenia. Proces ten trwał do niedawna, ale teraz... tum dum dummm...
Kupiłam lunchbox.
Pudełko śniadaniowe Goodbyn ma trzy przegródki, do których zmieści się tak dużo jedzenia, że w sumie zapomnisz, co to głód.
Oczywiście pod warunkiem, że będzie Ci się chciało robić jedzenie, żeby je tam włożyć.
Do tych przegródek jest jedna przykrywka. Już usłyszałam, że mogłyby być osobne przykrywki, ale w takim wypadku można nosić trzy pojemniki. Mnie chodzi o to, żeby mieć deser razem z obiadem.
Interesujący fakt: w piątek, kiedy po raz pierwszy miałam przy sobie to pudełko, po raz pierwszy od początku roku akademickiego, zjadłam w ciągu zajęć mniej jedzenia niż sobie przyniosłam. To naprawdę pojemna rzecz. Przy okazji jest raczej płytka (jak na zdjęciu - na mandarynkę), więc łatwo mieści się razem z zeszytami (choć jeszcze jej nie wkładałam do torebki; w piątek miałam plecak, ale nie był wypchany).
A, no i najważniejsza rzecz - pudełko było w zestawie z naklejkami.
Na zdjęciu wygląda dość różowo, ale to kwestia sztucznego światła, naprawdę jest czerwone (choć wersja różowa również istnieje). Ma uszy. I jest wampirem!
Na dwa arkusze naklejek, jeden zawiera głównie literki, więc musiałam to wykorzystać. Ponieważ pudełka są amerykańskie, w całym arkuszu były tylko dwa "z", więc tutaj użyłam "N".
Podpisałam się też od dołu.
Dodatkową zaletą pudełka jest fakt, że przed chwilą upuściłam je na podłogę razem z obiadem na jutro i nie otworzyło się. Yay.
Mój drugi zakup, którego dokonałam wczoraj dzięki podwiezieniu do Fashion House'a, wywodzi swą historię od Bożego Narodzenia, kiedy to mama Piotra dostała kawiarkę. Taką małą, na filiżankę. Od tamtej pory zawsze, gdy byłam u Piotra w domu, robiłam sobie kawę. Naprawdę pyszną kawę. I za każdym razem powtarzałam, że też muszę sobie kupić coś takiego.
Kuchenka nie jest miniaturowa, to kawiarka jest duża. Mogę zrobić naraz cały kubek kawy. Mniam, tyle kawy.
Co zabawne, wydałam pieniądze, żeby wydawać mniej pieniędzy, czyli nie kupować żarcia ani kawy w trakcie zajęć.
A poza tym, pamiętajcie, dzieci: judo to niebezpieczny sport. Nie licząc ludzi, których poznałam na judo, prawdopodobnie 100% moich znajomych, którzy kiedykolwiek trenowali, zrobili sobie krzywdę na judo. Ja w zeszły tygodniu złamałam palec u nogi, w związku z czym raczej nie będę już walczyła z dziewczynami twardszymi ode mnie. Przynajmniej nie w tym semestrze :)
Pozdrawiam,
Luїza.
Numer jeden to lunchbox.
Jest ci na Żoliborzu sklep z lunchboksami. Lunchboksy ogólnie przywodzą mi na myśl wszelkie "szkolne" anime, w których japońscy uczniowie zajadają się na przerwach domowym sushi. O ile sushi nie znoszę, o tyle tęskno mi do domowego jedzenia, gdy na przerwach między zajęciami kupuję hot-dogi w barze na wydziale. Nic nie zastąpi posiłków przygotowywanych dla dzieci przez rodziców, które smakują miłością. Odkryłam to już w liceum, podbierając kolegom kanapki, których dostawali do szkoły za dużo. Ech, nie doceniali oni skarbu, jakim jest jedzenie.
Zanim naprawdę przejdę do mojego lunchboksu, krótka dygresja na temat kanapek z miłością. To może i brzmi śmiesznie, but I mean it. Rodzice naprawdę wkładają miłość w kanapki robione dla dzieci. Pamiętam, jak jeszcze w podstawówce dostałam od kolegi kanapkę i tak miłość miała smak ketchupu (no serio, kanapka z ketchupem, to było dla mnie niesamowite). Kiedy chodziłam do gimnazjum, mama robiła mi kanapki, w których miłość miała smak świeżej bułki z pestkami dyni (moja mama o szóstej rano wychodziła do piekarni po świeże pieczywo... a mogłam zostać w Siedlcach) oraz fińskiego masła.
| Sprzedawali takie w PSS-ie pod moim blokiem, ale już daaaawno go nie widziałam. |
Kupiłam lunchbox.
Pudełko śniadaniowe Goodbyn ma trzy przegródki, do których zmieści się tak dużo jedzenia, że w sumie zapomnisz, co to głód.
Oczywiście pod warunkiem, że będzie Ci się chciało robić jedzenie, żeby je tam włożyć.
Do tych przegródek jest jedna przykrywka. Już usłyszałam, że mogłyby być osobne przykrywki, ale w takim wypadku można nosić trzy pojemniki. Mnie chodzi o to, żeby mieć deser razem z obiadem.
Interesujący fakt: w piątek, kiedy po raz pierwszy miałam przy sobie to pudełko, po raz pierwszy od początku roku akademickiego, zjadłam w ciągu zajęć mniej jedzenia niż sobie przyniosłam. To naprawdę pojemna rzecz. Przy okazji jest raczej płytka (jak na zdjęciu - na mandarynkę), więc łatwo mieści się razem z zeszytami (choć jeszcze jej nie wkładałam do torebki; w piątek miałam plecak, ale nie był wypchany).
A, no i najważniejsza rzecz - pudełko było w zestawie z naklejkami.
Na zdjęciu wygląda dość różowo, ale to kwestia sztucznego światła, naprawdę jest czerwone (choć wersja różowa również istnieje). Ma uszy. I jest wampirem!
Na dwa arkusze naklejek, jeden zawiera głównie literki, więc musiałam to wykorzystać. Ponieważ pudełka są amerykańskie, w całym arkuszu były tylko dwa "z", więc tutaj użyłam "N".
Podpisałam się też od dołu.
Dodatkową zaletą pudełka jest fakt, że przed chwilą upuściłam je na podłogę razem z obiadem na jutro i nie otworzyło się. Yay.
Mój drugi zakup, którego dokonałam wczoraj dzięki podwiezieniu do Fashion House'a, wywodzi swą historię od Bożego Narodzenia, kiedy to mama Piotra dostała kawiarkę. Taką małą, na filiżankę. Od tamtej pory zawsze, gdy byłam u Piotra w domu, robiłam sobie kawę. Naprawdę pyszną kawę. I za każdym razem powtarzałam, że też muszę sobie kupić coś takiego.
Kuchenka nie jest miniaturowa, to kawiarka jest duża. Mogę zrobić naraz cały kubek kawy. Mniam, tyle kawy.
Co zabawne, wydałam pieniądze, żeby wydawać mniej pieniędzy, czyli nie kupować żarcia ani kawy w trakcie zajęć.
A poza tym, pamiętajcie, dzieci: judo to niebezpieczny sport. Nie licząc ludzi, których poznałam na judo, prawdopodobnie 100% moich znajomych, którzy kiedykolwiek trenowali, zrobili sobie krzywdę na judo. Ja w zeszły tygodniu złamałam palec u nogi, w związku z czym raczej nie będę już walczyła z dziewczynami twardszymi ode mnie. Przynajmniej nie w tym semestrze :)
Pozdrawiam,
Luїza.
wtorek, 31 grudnia 2013
Historia włosów
Nadszedł czas na odświeżenie koloru moich włosów, co uznałam za świetną okazję do pokazania procesu zmian moich włosów. Oczywiście, nie będzie to cała historia, bo to byłoby długie i nudne. Zacznę od momentu, kiedy można zauważyć coś ciekawego, czyli pierwsza klasa liceum.
Najpierw były moje naturalne włosy. Z nimi pojechałam do Finlandii. Oto moje ostatnie zdjęcie z nimi:
Jak widać, były dość długie, w kolorze jasny brąz. Jednak niedługo po powrocie z Finlandii, właściwie kilka dni później, przefarbowałam je na blond. Wyglądało to... Tak sobie.
Jakiś czas później wróciłam do naturalnego koloru i z tego okresu nie mam zdjęcia, które bym kojarzyła. Mam za to zdjęcie z czarnymi włosami, które miałam przez jakiś czas.
Kolor, który miał utrzymać się przez jakiś miesiąc, zmył się kompletnie po kilku myciach. Zdjęcie jest chyba z połowy sierpnia. Pod koniec sierpnia ścięłam włosy. Z krótkimi włosami poleciałam do Norwegii i wyglądałam wtedy tak:
I to jest moment na niedługi wywód o ścinaniu włosów.
Jeśli masz długie włosy i chcesz zmienić swój wygląd przez ich ścięcie, to proszę Cię, błagam, nie marnuj ich. Są ludzie, którzy obecnie nie mogą mieć włosów i źle się z tym czują. Zapleć kilka warkoczy i wyślij swoje włosy tym, którzy o nich marzą. Weź udział w akcji i zrób pożytek ze swojej zmiany wyglądu. Możesz w ten sposób zmienić czyjeś życie...
Koniec.
Po ścięciu włosów, oczywiście postanowiłam je zapuścić. Najpierw pomalowałam je dokładnie takim samym szamponem koloryzującym, co wcześniej, ale tym razem nie chciał się zmyć za żadne skarby i pomogło dopiero wielokrotne rozjaśnianie, które służyło jednemu...
W czasie ferii zimowych 2013 pomalowałam włosy na niebiesko. Dowiedziałam się od koleżanki ze szkoły, gdzie można kupić toner do włosów, więc wybrałam się tam i kupiłam niebieski. Niestety, śliczny błękit szybko zmienił się w zieleń, z czego nie byłam zadowolona i po jakimś miesiącu pozbyłam się tego koloru, jednak z myślą o dalszym użyciu niebieskiego, więc zostałam przy blondzie. Ten kolor pozwolił mi na cosplay mojego ulubionego hobbita, Sama Gamgeego.
Zdjęcie malutkie, ale lepszego nie mam.
Jakoś w maju czy czerwcu wybrałam się do sklepu, w którym można kupić tonery i, o zgrozo, nie mieli niebieskiego. Kupiłam więc fioletowy i taki też kolor miałam przez pewien czas.
Tu powinno być zdjęcie, ale na razie nie umiem do niego dotrzeć.
W końcu znudziło mi się rozjaśnianie i malowanie, więc przefarbowałam włosy na czarno, licząc na delikatne blaknięcie koloru akurat do mojego naturalnego. W praktyce w niektórych miejscach włosy zostały czarne, a w innych farba jakoś się zmyła. Tu nie widać tego tak bardzo, ale da się zauważyć dziwne jasne pasemka.
To chyba jedyne moje zdjęcie z tego okresu.
Nie trwało to długo, bo wkrótce postanowiłam wrócić do niebieskiego. Stąd mam radę dla wszystkich: nie należy rozjaśniać włosów więcej niż raz dziennie. Dwa tygodnie zalecane w ulotce to może przesada, ale nie należy też przeginać w drugą stronę. Naprawdę. Niech włosy przynajmniej raz zdążą się zatłuścić.
W każdym razie, chciałam po tym rozjaśnianiu kupić niebieski toner. I znowu nie było, kupiłam więc kolor "lila". Z początku rzeczywiście był lila, zmył się do niebieskiego, a potem moje włosy były białe. Naprawdę białe.
W międzyczasie poznałam Alb in Wonderland.
Od niej dowiedziałam się o istnieniu pewnych lepszych farb. Niedługo po tym zamówiłam taką farbę przez internet i wkrótce (czyli po jakichś trzech tygodniach) ją dostałam. Miała być niebieska, a wyszło trochę inaczej.
Oto zdjęcie jakiś tydzień (chyba) po farbowaniu. Znajdźcie Luizę:
Na inauguracji roku akademickiego (lub na zajęciach niedługo po, nie pamiętam) usłyszałam pytanie, na które liczyłam: "Czy to twój naturalny kolor?" Oczywiście, powiedziałam że tak.
Potem bywało różnie, raz fioletowo, raz różowo, a ciągle używałam niebieskiej farby. Ale to wszystko wina Alb!
Alb powiedziała, że swoją farbę miesza z odżywką i dopiero wt edy nakłada. Może na jej ośmioletniej warstwie różu to nie robi różnicy, ale jeśli dopiero się zaczyna farbować włosy na nienaturalny kolor, to można się naprawdę namęczyć tym sposobem. Odżywka wygładza włosy i je pokrywa, przez co kolor gorzej się wchłania, nawet jeśli trzyma się taką mieszankę na głowie przez trzy godziny. Najlepiej jest najpierw nałożyć kolor, a po jego spłukaniu - odżywkę. Kiedy pierwszy raz tak zrobiłam, byłam zaskoczona efektem.
Tego malowania dokonałam na Falkon, czyli około 8 listopada. Jeśli dobrze pamiętam, od tamtej pory już nie poprawiałam koloru do dzisiaj. W międzyczasie obcięłam zniszczone końcówki i jeszcze trochę. I tak to wygląda po zmyciu się:
Twarz taka niewyjściowa. Ale widać różnicę w kolorze włosów, a o to chodzi.
Zapomniałam zrobić zdjęcie pomiędzy rozjaśnianiem a malowaniem na niebiesko, ale to nie jest specjalnie ciekawy ani znaczący etap, więc dużo nie tracimy. W każdym razie, po rozjaśnianiu nie należy stosować odżywki, a najlepiej nawet wysuszyć włosy suszarką - zniszczone włosy lepiej chłoną kolor.
Po rozjaśnieniu następuje nakładanie farby, którą należy zostawić na zdecydowanie dłużej niż zalecane 15 minut. Tak mniej więcej na godzinę. Najlepiej na jeszcze trochę dłużej, ale ja dziś nie miałam całego dnia.
Dopiero po zmyciu farby ma sens nałożenie odżywki. Na ten etap też dobrze poświęcić przynajmniej godzinę, a poza tym trzeba użyć tej odżywki absurdalnie dużo, dlatego zawsze mam zapas różnych odżywek, które mieszam ze sobą.
A oto i (jeszcze trochę mokry) efekt całodniowych zabiegów włosowych:
Luїza i włosy pozdrawiają oraz życzą onnellista uutta vuotta!
Najpierw były moje naturalne włosy. Z nimi pojechałam do Finlandii. Oto moje ostatnie zdjęcie z nimi:
Jak widać, były dość długie, w kolorze jasny brąz. Jednak niedługo po powrocie z Finlandii, właściwie kilka dni później, przefarbowałam je na blond. Wyglądało to... Tak sobie.
Jakiś czas później wróciłam do naturalnego koloru i z tego okresu nie mam zdjęcia, które bym kojarzyła. Mam za to zdjęcie z czarnymi włosami, które miałam przez jakiś czas.
Kolor, który miał utrzymać się przez jakiś miesiąc, zmył się kompletnie po kilku myciach. Zdjęcie jest chyba z połowy sierpnia. Pod koniec sierpnia ścięłam włosy. Z krótkimi włosami poleciałam do Norwegii i wyglądałam wtedy tak:
I to jest moment na niedługi wywód o ścinaniu włosów.
Jeśli masz długie włosy i chcesz zmienić swój wygląd przez ich ścięcie, to proszę Cię, błagam, nie marnuj ich. Są ludzie, którzy obecnie nie mogą mieć włosów i źle się z tym czują. Zapleć kilka warkoczy i wyślij swoje włosy tym, którzy o nich marzą. Weź udział w akcji i zrób pożytek ze swojej zmiany wyglądu. Możesz w ten sposób zmienić czyjeś życie...
Koniec.
Po ścięciu włosów, oczywiście postanowiłam je zapuścić. Najpierw pomalowałam je dokładnie takim samym szamponem koloryzującym, co wcześniej, ale tym razem nie chciał się zmyć za żadne skarby i pomogło dopiero wielokrotne rozjaśnianie, które służyło jednemu...
W czasie ferii zimowych 2013 pomalowałam włosy na niebiesko. Dowiedziałam się od koleżanki ze szkoły, gdzie można kupić toner do włosów, więc wybrałam się tam i kupiłam niebieski. Niestety, śliczny błękit szybko zmienił się w zieleń, z czego nie byłam zadowolona i po jakimś miesiącu pozbyłam się tego koloru, jednak z myślą o dalszym użyciu niebieskiego, więc zostałam przy blondzie. Ten kolor pozwolił mi na cosplay mojego ulubionego hobbita, Sama Gamgeego.
Zdjęcie malutkie, ale lepszego nie mam.
Jakoś w maju czy czerwcu wybrałam się do sklepu, w którym można kupić tonery i, o zgrozo, nie mieli niebieskiego. Kupiłam więc fioletowy i taki też kolor miałam przez pewien czas.
Tu powinno być zdjęcie, ale na razie nie umiem do niego dotrzeć.
W końcu znudziło mi się rozjaśnianie i malowanie, więc przefarbowałam włosy na czarno, licząc na delikatne blaknięcie koloru akurat do mojego naturalnego. W praktyce w niektórych miejscach włosy zostały czarne, a w innych farba jakoś się zmyła. Tu nie widać tego tak bardzo, ale da się zauważyć dziwne jasne pasemka.
To chyba jedyne moje zdjęcie z tego okresu.
Nie trwało to długo, bo wkrótce postanowiłam wrócić do niebieskiego. Stąd mam radę dla wszystkich: nie należy rozjaśniać włosów więcej niż raz dziennie. Dwa tygodnie zalecane w ulotce to może przesada, ale nie należy też przeginać w drugą stronę. Naprawdę. Niech włosy przynajmniej raz zdążą się zatłuścić.
W każdym razie, chciałam po tym rozjaśnianiu kupić niebieski toner. I znowu nie było, kupiłam więc kolor "lila". Z początku rzeczywiście był lila, zmył się do niebieskiego, a potem moje włosy były białe. Naprawdę białe.
W międzyczasie poznałam Alb in Wonderland.
Od niej dowiedziałam się o istnieniu pewnych lepszych farb. Niedługo po tym zamówiłam taką farbę przez internet i wkrótce (czyli po jakichś trzech tygodniach) ją dostałam. Miała być niebieska, a wyszło trochę inaczej.
Oto zdjęcie jakiś tydzień (chyba) po farbowaniu. Znajdźcie Luizę:
Na inauguracji roku akademickiego (lub na zajęciach niedługo po, nie pamiętam) usłyszałam pytanie, na które liczyłam: "Czy to twój naturalny kolor?" Oczywiście, powiedziałam że tak.
Potem bywało różnie, raz fioletowo, raz różowo, a ciągle używałam niebieskiej farby. Ale to wszystko wina Alb!
Alb powiedziała, że swoją farbę miesza z odżywką i dopiero wt edy nakłada. Może na jej ośmioletniej warstwie różu to nie robi różnicy, ale jeśli dopiero się zaczyna farbować włosy na nienaturalny kolor, to można się naprawdę namęczyć tym sposobem. Odżywka wygładza włosy i je pokrywa, przez co kolor gorzej się wchłania, nawet jeśli trzyma się taką mieszankę na głowie przez trzy godziny. Najlepiej jest najpierw nałożyć kolor, a po jego spłukaniu - odżywkę. Kiedy pierwszy raz tak zrobiłam, byłam zaskoczona efektem.
Tego malowania dokonałam na Falkon, czyli około 8 listopada. Jeśli dobrze pamiętam, od tamtej pory już nie poprawiałam koloru do dzisiaj. W międzyczasie obcięłam zniszczone końcówki i jeszcze trochę. I tak to wygląda po zmyciu się:
Twarz taka niewyjściowa. Ale widać różnicę w kolorze włosów, a o to chodzi.
Zapomniałam zrobić zdjęcie pomiędzy rozjaśnianiem a malowaniem na niebiesko, ale to nie jest specjalnie ciekawy ani znaczący etap, więc dużo nie tracimy. W każdym razie, po rozjaśnianiu nie należy stosować odżywki, a najlepiej nawet wysuszyć włosy suszarką - zniszczone włosy lepiej chłoną kolor.
Po rozjaśnieniu następuje nakładanie farby, którą należy zostawić na zdecydowanie dłużej niż zalecane 15 minut. Tak mniej więcej na godzinę. Najlepiej na jeszcze trochę dłużej, ale ja dziś nie miałam całego dnia.
Dopiero po zmyciu farby ma sens nałożenie odżywki. Na ten etap też dobrze poświęcić przynajmniej godzinę, a poza tym trzeba użyć tej odżywki absurdalnie dużo, dlatego zawsze mam zapas różnych odżywek, które mieszam ze sobą.
A oto i (jeszcze trochę mokry) efekt całodniowych zabiegów włosowych:
Luїza i włosy pozdrawiają oraz życzą onnellista uutta vuotta!
wtorek, 24 grudnia 2013
Pomidor, czyli sprawa ogromnie irytująca
Nie mam pojęcia, kiedy to mogło się wydarzyć, że usłyszałam po raz pierwszy, że pomidor jest owocem, ale niewątpliwie od tego dnia minęło już wiele, wiele lat i ta beznadziejna sprawa prześladuje mnie do dzisiaj.
To jest zresztą dobry moment na dygresję. Ostatnio bardzo często używam słowa "beznadziejny". Początkiem tego ciągu było wydarzenie, w którym wszystko było beznadziejne, potem kolejna beznadziejna sytuacja i teraz święta, a ludzie są ciągle tak samo beznadziejni. Blargh. I jeszcze ten beznadziejny pomidor!
No właśnie. Pomidor. Nie ulega to chyba niczyjej wątpliwości, że pomidor jest owocem. Co więcej, pomidor jest jagodą. Ludzie uczepili się tego pomidora, ale owocami (również jagodami) są także inne warzywa: ogórek, dynia, bakłażan.
I co w tym wszystkim mnie irytuje:
"Pomidor jest owocem czy warzywem?"
Nie wiem, czy to co robię, nie będzie trochę nadużyciem, ale czy można nadużyć słownika?
Roślina warzywna. Owoc. Jedno drugiego nie wyklucza, vitsi! To tak jakby zapytać, czy kalafior jest kwiatem czy warzywem.
Pomidor, ogórek, dynia, a także poziomka - to owoce, ale też warzywa.
Warzywo to nie roślina, która ma jadalne części inne niż owoce.
Warzywo to po prostu nie drzewo ani krzew.
To jest zresztą dobry moment na dygresję. Ostatnio bardzo często używam słowa "beznadziejny". Początkiem tego ciągu było wydarzenie, w którym wszystko było beznadziejne, potem kolejna beznadziejna sytuacja i teraz święta, a ludzie są ciągle tak samo beznadziejni. Blargh. I jeszcze ten beznadziejny pomidor!
No właśnie. Pomidor. Nie ulega to chyba niczyjej wątpliwości, że pomidor jest owocem. Co więcej, pomidor jest jagodą. Ludzie uczepili się tego pomidora, ale owocami (również jagodami) są także inne warzywa: ogórek, dynia, bakłażan.
I co w tym wszystkim mnie irytuje:
"Pomidor jest owocem czy warzywem?"
Nie wiem, czy to co robię, nie będzie trochę nadużyciem, ale czy można nadużyć słownika?
- pomidor1. «roślina warzywna o dużych, miękkich, zwykle czerwonych owocach; też: owoc tej rośliny»2. pot. «zabawa polegająca na tym, że jedna osoba zadaje pytania, na które druga osoba musi odpowiedzieć: pomidor i nie roześmiać się»
Roślina warzywna. Owoc. Jedno drugiego nie wyklucza, vitsi! To tak jakby zapytać, czy kalafior jest kwiatem czy warzywem.
Pomidor, ogórek, dynia, a także poziomka - to owoce, ale też warzywa.
Warzywo to nie roślina, która ma jadalne części inne niż owoce.
Warzywo to po prostu nie drzewo ani krzew.
- warzywo «roślina zielna, której korzenie, liście, kwiatostany lub owoce używane są jako pożywienie»
poniedziałek, 23 grudnia 2013
Wspak
Siedzę sobie przy komputerze ze słuchawkami na głowie. Niczego nie słucham, tylko boli mnie ucho po przeziębieniu. A przecież grzecznie brałam antybiotyk!
Przeglądam głupoty w Internecie, a ponieważ skończyły mi się dobre strony z głupotami, weszłam na kwejka. A tam post "Gify są fajniejsze, gdy puścisz je od tyłu." I przypomniała mi się dyskusja na polskim w liceum. I przypomniało mi się, że nigdy nie sprawdziłam poprawności moich racji.
Chodziło chyba o to, żeby liczyć wspak od dziesięciu, kiedy się zdenerwujemy. Tylko że zamiast słówka "wspak" padło "od tyłu".
Zwróciłam wtedy uwagę na fakt, że mówienie "OD tyłu" jest jakieś bez sensu. Przecież normalnie (od zera do dziesięciu) to DO przodu, a więc - OD tyłu. W takim razie od dziesięciu do zera powinno być DO tyłu, prawda?
Myślę, że nikt nie miałby problemu z mówieniem o liczeniu do tyłu, chociaż "puszczenie gifa do tyłu" brzmi już głupawo. Zawsze pozostaje też magiczne słowo "wspak", które działa zawsze i wszędzie - tj., zawsze wtedy, kiedy użyte zostanie w odpowiednim znaczeniu, bardzo prostym zresztą:
Ale! to tylko połowa problemu. Pozostaje jeszcze kwestia poprawności wyrażenia "od tyłu" w znaczeniu "wspak". Przecież fakt, że jest to wyrażenie nielogiczne, nie musi jeszcze przesądzać o poprawności. Specjalnie nie sprawdziłam tego od razu, bo dzięki temu mogłam z prawdziwym przekonaniem wykazać moje pierwotne racje.
I... Google nie jest w stanie podać mi odpowiedzi. Wyniki dotyczą przede wszystkim "pozycji od tyłu" (powinnam była przewidzieć skutek wyszukania w Internecie frazy "od tyłu"), a także "zachodzenia od tyłu", co ma sens w obu przypadkach. Jednak pojawiają się też wyniki o "mówieniu od tyłu" i palindromach - to już jest to, o czym mówię. Jeśli mam rację, to każdy wyraz czytany od tyłu brzmi tak samo, jak czytany normalnie.
Poradnia językowa PWN, która służy mi zawsze, gdy słownik sobie nie radzi, teraz też nie ma mi nic do powiedzenia. Może powinnam sama do nich napisać?
Ciąg dalszy:
Kontynuowałam swoje rozważania, przyrządzając cebulę na wigilijnego śledzia i póki stygnie, mogę napisać, do czego doszłam:
Sprawa jest bardzo skomplikowana, dlatego że można w sumie śmiało powiedzieć, że tył wyrazu jest na jego końcu, nie początku. Kropka też stoi z tyłu zdania. Ciężko jednak stwierdzić, żeby wyrazy czy zdania miały przód. Bo jeśli tak, to jest on na początku. Tym samym docieramy do punktu wyjścia całego problemu czyli wspak = od tyłu = do przodu = normalnie. W którym miejscu znak równości nie powinien stanąć? Niech ktoś mi to powie (bo ja uważam, że między "wspak" a "od tyłu", a jednak tak często te zwroty stosuje się zamiennie)!
Przeglądam głupoty w Internecie, a ponieważ skończyły mi się dobre strony z głupotami, weszłam na kwejka. A tam post "Gify są fajniejsze, gdy puścisz je od tyłu." I przypomniała mi się dyskusja na polskim w liceum. I przypomniało mi się, że nigdy nie sprawdziłam poprawności moich racji.
Chodziło chyba o to, żeby liczyć wspak od dziesięciu, kiedy się zdenerwujemy. Tylko że zamiast słówka "wspak" padło "od tyłu".
Zwróciłam wtedy uwagę na fakt, że mówienie "OD tyłu" jest jakieś bez sensu. Przecież normalnie (od zera do dziesięciu) to DO przodu, a więc - OD tyłu. W takim razie od dziesięciu do zera powinno być DO tyłu, prawda?
Myślę, że nikt nie miałby problemu z mówieniem o liczeniu do tyłu, chociaż "puszczenie gifa do tyłu" brzmi już głupawo. Zawsze pozostaje też magiczne słowo "wspak", które działa zawsze i wszędzie - tj., zawsze wtedy, kiedy użyte zostanie w odpowiednim znaczeniu, bardzo prostym zresztą:
Ale! to tylko połowa problemu. Pozostaje jeszcze kwestia poprawności wyrażenia "od tyłu" w znaczeniu "wspak". Przecież fakt, że jest to wyrażenie nielogiczne, nie musi jeszcze przesądzać o poprawności. Specjalnie nie sprawdziłam tego od razu, bo dzięki temu mogłam z prawdziwym przekonaniem wykazać moje pierwotne racje.
I... Google nie jest w stanie podać mi odpowiedzi. Wyniki dotyczą przede wszystkim "pozycji od tyłu" (powinnam była przewidzieć skutek wyszukania w Internecie frazy "od tyłu"), a także "zachodzenia od tyłu", co ma sens w obu przypadkach. Jednak pojawiają się też wyniki o "mówieniu od tyłu" i palindromach - to już jest to, o czym mówię. Jeśli mam rację, to każdy wyraz czytany od tyłu brzmi tak samo, jak czytany normalnie.
Poradnia językowa PWN, która służy mi zawsze, gdy słownik sobie nie radzi, teraz też nie ma mi nic do powiedzenia. Może powinnam sama do nich napisać?
Ciąg dalszy:
Kontynuowałam swoje rozważania, przyrządzając cebulę na wigilijnego śledzia i póki stygnie, mogę napisać, do czego doszłam:
Sprawa jest bardzo skomplikowana, dlatego że można w sumie śmiało powiedzieć, że tył wyrazu jest na jego końcu, nie początku. Kropka też stoi z tyłu zdania. Ciężko jednak stwierdzić, żeby wyrazy czy zdania miały przód. Bo jeśli tak, to jest on na początku. Tym samym docieramy do punktu wyjścia całego problemu czyli wspak = od tyłu = do przodu = normalnie. W którym miejscu znak równości nie powinien stanąć? Niech ktoś mi to powie (bo ja uważam, że między "wspak" a "od tyłu", a jednak tak często te zwroty stosuje się zamiennie)!
sobota, 30 listopada 2013
Job hunting, cz. 3
Pójdź na rozmowę kwalifikacyjną.
Rób, co możesz, żeby pokazać się jak najlepiej.
Nie dostań pracy.
Smuteczek.
Rób, co możesz, żeby pokazać się jak najlepiej.
Nie dostań pracy.
Smuteczek.
poniedziałek, 25 listopada 2013
Job hunting, cz. 2
Dojdź do wniosku, że czas wolny to nie jest wcale taka fajna rzecz.
Poszukaj ogłoszeń o pracę na weekendy.
Znajdź ofertę PKP, z zapałem napisz CV i list motywacyjny, wyślij dokumenty i formularz od razu.
Po dziesięciu minutach odbierz telefon. Umów się na rozmowę o pracę następnego dnia.
A teraz zastanawiaj się, co jest właściwą reakcją: strach czy radość.
Jutro po rozmowie ciąg dalszy :)
Poszukaj ogłoszeń o pracę na weekendy.
Znajdź ofertę PKP, z zapałem napisz CV i list motywacyjny, wyślij dokumenty i formularz od razu.
Po dziesięciu minutach odbierz telefon. Umów się na rozmowę o pracę następnego dnia.
A teraz zastanawiaj się, co jest właściwą reakcją: strach czy radość.
Jutro po rozmowie ciąg dalszy :)
niedziela, 27 października 2013
Ezekiel
Cierpienie rozrywa moje serce. Ten wewnętrzny ból jest tak trudny do zniesienia...
Pokochałam go od pierwszego wejrzenia, a on okazał się taki okrutny.
Dlaczego, Ezekielu?
Czy nie widzisz, jaki szczęśliwy jest Castiel, mogąc w końcu zatrzymać się i zjeść burrito ze swoimi przyjaciółmi?
Nie każ mu odchodzić.
Jesteś takim wspaniałym, odważnym aniołem. Nie zachowuj się teraz jak okrutny tchórz. Dean Ci zaufał, więc teraz Ty zaufaj Winchesterom i Castielowi. Zostań z nimi!
Nie spraw, żebym zmieniła zdanie co do tego, że możesz być moim ulubionym aniołem, bo Castiel wciąż zajmuje swoje miejsce w moim sercu.
O, Ezekielu, okropny taaaaaak!
O, Ezekielu, czy ty nie widzisz, że cierpią taaaaaaak?!
0:21-0:41 You're a brilliant coward!
Pokochałam go od pierwszego wejrzenia, a on okazał się taki okrutny.
Dlaczego, Ezekielu?
Czy nie widzisz, jaki szczęśliwy jest Castiel, mogąc w końcu zatrzymać się i zjeść burrito ze swoimi przyjaciółmi?
Nie każ mu odchodzić.
Jesteś takim wspaniałym, odważnym aniołem. Nie zachowuj się teraz jak okrutny tchórz. Dean Ci zaufał, więc teraz Ty zaufaj Winchesterom i Castielowi. Zostań z nimi!
Nie spraw, żebym zmieniła zdanie co do tego, że możesz być moim ulubionym aniołem, bo Castiel wciąż zajmuje swoje miejsce w moim sercu.
O, Ezekielu, okropny taaaaaak!
O, Ezekielu, czy ty nie widzisz, że cierpią taaaaaaak?!
sobota, 26 października 2013
Życie boli
Życie boli, a świat zewnętrzny jest zimny i okrutny.
No, w sumie dzisiaj było ciepło.
Świat zewnętrzny jest jasny i okrutny, a okoliczności zmusiły mnie do wyjścia z mojej bezpiecznej jaskini do sklepu podczas silnej migreny. Takiej ze światłowstrętem i wymiotowaniem.
Taaak. Tak się kończy spanie do 9:30 w przypadku Luizy. Przynajmniej do wczesnego popołudnia, kiedy wychodziłam, minął ból brzucha, przez który rano nie byłam w stanie wstać z łóżka.
Teraz w końcu czuję się nieźle, ale nadmiar światła wciąż mi nie służy.
Naturalnie słucham więc "The Sound of Silence", ale w którymś momencie zechciałam posłuchać "Ready Aim Fire", a że nie byłam w nastroju na włączanie komputera, poszukałam tej piosenki na YT. Po sfrustrowaniu się, że nie znalazłam jej dostępnej na urządzenia mobilne, obejrzałam w zamian teledysk "Demons", którego nie widziałam wcześniej.
Teledysk zaskoczył mnie pozytywnie, bo to chyba pierwszy taki od Imagine Dragons, który sensownie wiąże się z piosenką.
I tak dowiedziałam się o Tylerze Robinsonie, który w tym roku umarł na raka i może to głupie dzielić się czymś takim ze światem, ale rozpłakałam się.
Na stronie www.tylerrobinsonfoundation.com przeczytałam napisaną przez Tylera historię jego choroby, która zakończyła się całkowitym pokonaniem raka. Niedługo później nastąpił niespodziewany nawrót i Tyler umarł po kilku miesiącach, jednak twórcy strony podkreślają, że on nie przegrał z rakiem, bo do samego końca potrafił czerpać radość z życia i choroba nigdy go nie złamała.
Dla mnie to coś niesamowitego i niezrozumiałego, jak niektórzy ludzie potrafią cieszyć się życiem mimo przeciwności. Ktoś jeszcze nie słyszał o Nicku Vujicicu? Tak, człowiek żyje pełnią życia, nie mając rąk ani nóg, inni umierają na raka z uśmiechem na ustach, a tymczasem ja załamuję się, bo boli mnie głowa. A czasem i bez tego.
A skoro jesteśmy przy życiu pełnią życia... Na stacji Metra Wierzbno wisi teraz potwornie denerwująca reklama z hasłem "Widzieć życie w 100% znaczy żyć na 100%". Co? Poważnie? Coś takiego przeszło i wciąż wisi w miejscu publicznym? Coś, co tak naprawdę otwarcie mówi, że osoby niedowidzące nie mogą "żyć na 100%"...? Właśnie obejrzałam wersję telewizyjną tej reklamy i jest jeszcze gorsza. Jakoś nie zauważyłam, żeby życie mojego chłopaka (lub dowolnej innej osoby, która ma kiepski wzrok) było gorsze od mojego. Przecież w ogóle stan zdrowia nie świadczy o tym, czy się żyje pełnią życia, co chyba wykazałam wcześniejszymi przykładami.
I teraz, po zastanowieniu się i spisaniu moich myśli na temat życia, jakoś wcale nie jest mi lepiej.
No, w sumie dzisiaj było ciepło.
Świat zewnętrzny jest jasny i okrutny, a okoliczności zmusiły mnie do wyjścia z mojej bezpiecznej jaskini do sklepu podczas silnej migreny. Takiej ze światłowstrętem i wymiotowaniem.
Taaak. Tak się kończy spanie do 9:30 w przypadku Luizy. Przynajmniej do wczesnego popołudnia, kiedy wychodziłam, minął ból brzucha, przez który rano nie byłam w stanie wstać z łóżka.
Teraz w końcu czuję się nieźle, ale nadmiar światła wciąż mi nie służy.
Naturalnie słucham więc "The Sound of Silence", ale w którymś momencie zechciałam posłuchać "Ready Aim Fire", a że nie byłam w nastroju na włączanie komputera, poszukałam tej piosenki na YT. Po sfrustrowaniu się, że nie znalazłam jej dostępnej na urządzenia mobilne, obejrzałam w zamian teledysk "Demons", którego nie widziałam wcześniej.
Teledysk zaskoczył mnie pozytywnie, bo to chyba pierwszy taki od Imagine Dragons, który sensownie wiąże się z piosenką.
I tak dowiedziałam się o Tylerze Robinsonie, który w tym roku umarł na raka i może to głupie dzielić się czymś takim ze światem, ale rozpłakałam się.
Na stronie www.tylerrobinsonfoundation.com przeczytałam napisaną przez Tylera historię jego choroby, która zakończyła się całkowitym pokonaniem raka. Niedługo później nastąpił niespodziewany nawrót i Tyler umarł po kilku miesiącach, jednak twórcy strony podkreślają, że on nie przegrał z rakiem, bo do samego końca potrafił czerpać radość z życia i choroba nigdy go nie złamała.
Dla mnie to coś niesamowitego i niezrozumiałego, jak niektórzy ludzie potrafią cieszyć się życiem mimo przeciwności. Ktoś jeszcze nie słyszał o Nicku Vujicicu? Tak, człowiek żyje pełnią życia, nie mając rąk ani nóg, inni umierają na raka z uśmiechem na ustach, a tymczasem ja załamuję się, bo boli mnie głowa. A czasem i bez tego.
A skoro jesteśmy przy życiu pełnią życia... Na stacji Metra Wierzbno wisi teraz potwornie denerwująca reklama z hasłem "Widzieć życie w 100% znaczy żyć na 100%". Co? Poważnie? Coś takiego przeszło i wciąż wisi w miejscu publicznym? Coś, co tak naprawdę otwarcie mówi, że osoby niedowidzące nie mogą "żyć na 100%"...? Właśnie obejrzałam wersję telewizyjną tej reklamy i jest jeszcze gorsza. Jakoś nie zauważyłam, żeby życie mojego chłopaka (lub dowolnej innej osoby, która ma kiepski wzrok) było gorsze od mojego. Przecież w ogóle stan zdrowia nie świadczy o tym, czy się żyje pełnią życia, co chyba wykazałam wcześniejszymi przykładami.
I teraz, po zastanowieniu się i spisaniu moich myśli na temat życia, jakoś wcale nie jest mi lepiej.
poniedziałek, 30 września 2013
Job hunting, cz. 1
Poszukiwanie pracy przez Luizę, odsłona pierwsza:
1. Otwórz stronę z ogłoszeniami.
2. Znajdź parę ciekawych ogłoszeń i napal się na nie.
3. Dowiedz się, że do pracy w gastronomii potrzebna jest książeczka sanepidu.
4. Zrezygnuj.
1. Otwórz stronę z ogłoszeniami.
2. Znajdź parę ciekawych ogłoszeń i napal się na nie.
3. Dowiedz się, że do pracy w gastronomii potrzebna jest książeczka sanepidu.
4. Zrezygnuj.
czwartek, 26 września 2013
Chaotyczna kuchnia Luizy i Piotra: sezon dyniowy
Skoczyłam wczoraj z Piotrusiem do Auchan, kupić na obiad coś niezielonego, bo w domu miałam tylko cykorię, jarmuż i brokuła. I papryczki peperoni. Trafiliśmy na dynie. Kupiliśmy najmniejszą - ważyła jedyne 2,5 kg. Do tego marchewki i automatycznie nasunął nam się pomysł, co można z tym zrobić...
Ja zajęłam się obiadem, więc było to mocno improwizowane. Marchewki i brokuły poszły na parę, bo takie są najsmaczniejsze.
Za to środki z dyni, czyli mnóstwo ziaren i trochę miąższu, poszły na patelnię razem z pokrojoną peperoni (sztuk 4), ugotowanymi jarmużem i cykorią oraz kukurydzą. Na zdjęciu nie widać ostatniego składnika, czyli mozzarelli. Ja użyłam wegańskiej, która śmierdzi capem nawet bardziej niż prawdziwa i po podgrzaniu jest bardziej glutowata niż ciągnąca.
Wyszedł z tego bardzo smaczny i pożywny obiadek. Najedliśmy się na tydzień.
W zaistniałej sytuacji zostaliśmy z dalszym ~kilogramem dyni oraz ze sporą ilością marchwi. No, czytelniku, już wiesz, do czego to dąży...
Dąży to do niechlubnego momentu w historii Chaotycznej kuchni Luizy, czyli pierwszego niewegańskiego przepisu. Niestety, to musiało wydarzyć się prędzej czy później, bo nie jestem weganką już od jakiegoś czasu, ale wciąż głupio mi, że do tego doszło. Musimy przebrnąć przez to dzielnie, więc zapnijcie pasy i przygotujcie się na...
OMG, jajka! I to aż 6! Do jajek należy dodać jakąś szklankę cukru. Ja i Piotr przeoczyliśmy ten fakt i dodaliśmy cukier do składników suchych. Przegraliśmy. Do jajek poszła tylko odrobina cukru zamiast jakiejś szklanki czy półtora. Nietrudno się domyślić, że jaja trzeba zetrzeć na pianę. Następnie, cały czas miksując, należy dodać około 1,2*szklanka oleju.
W oddzielnej misce wymieszaliśmy składniki suche. Jeśli dobrze pamiętam, znalazło się tam:
A potem najważniejsze.
Każemy naszemu niewolnikowi zetrzeć na tarce 2 wielkie marchewy i pół dyni. Następnie przecier dodajemy do reszty składników i przelewamy całość na blaszkę.
W tym momencie zdajemy sobie sprawę z tego, że piekarnik trzeba było włączyć wcześniej, żeby się nagrzał. Przegraliśmy. Ciasto niech trochę poczeka.
Ciężko stwierdzić, jak długo ciasto się piekło. Pewnie z godzinę w temperaturze 160 stopni.
Po upieczeniu nasze ciasto wyglądało tak:
Może właściwie powinnam to przemilczeć, ale pod spodem było niemal płynne, więc po ukrojeniu i zjedzeniu dwóch kawałków, wsadziliśmy je (ciasto, nie kawałki) z powrotem do piekarnika na pół godziny, a potem poszliśmy spać.
Rano naszym oczom ukazał się piękny, smaczny zakalec.
Prawdopodobnie ciasto należy umieścić w płaskiej blasze, wtedy raczej lepiej się upiecze. I ja dałabym wyższą temperaturę, jakieś 180. Ale może można się nie przejmować, bo i tak wychodzi pyszne.
Tak więc smacznego Halloween!
Z dyniowo-marchewkowej kuchni pozdrawiają Luiza i Pejta.
Ja zajęłam się obiadem, więc było to mocno improwizowane. Marchewki i brokuły poszły na parę, bo takie są najsmaczniejsze.
Za to środki z dyni, czyli mnóstwo ziaren i trochę miąższu, poszły na patelnię razem z pokrojoną peperoni (sztuk 4), ugotowanymi jarmużem i cykorią oraz kukurydzą. Na zdjęciu nie widać ostatniego składnika, czyli mozzarelli. Ja użyłam wegańskiej, która śmierdzi capem nawet bardziej niż prawdziwa i po podgrzaniu jest bardziej glutowata niż ciągnąca.
Wyszedł z tego bardzo smaczny i pożywny obiadek. Najedliśmy się na tydzień.
W zaistniałej sytuacji zostaliśmy z dalszym ~kilogramem dyni oraz ze sporą ilością marchwi. No, czytelniku, już wiesz, do czego to dąży...
Dąży to do niechlubnego momentu w historii Chaotycznej kuchni Luizy, czyli pierwszego niewegańskiego przepisu. Niestety, to musiało wydarzyć się prędzej czy później, bo nie jestem weganką już od jakiegoś czasu, ale wciąż głupio mi, że do tego doszło. Musimy przebrnąć przez to dzielnie, więc zapnijcie pasy i przygotujcie się na...
OMG, jajka! I to aż 6! Do jajek należy dodać jakąś szklankę cukru. Ja i Piotr przeoczyliśmy ten fakt i dodaliśmy cukier do składników suchych. Przegraliśmy. Do jajek poszła tylko odrobina cukru zamiast jakiejś szklanki czy półtora. Nietrudno się domyślić, że jaja trzeba zetrzeć na pianę. Następnie, cały czas miksując, należy dodać około 1,2*szklanka oleju.
W oddzielnej misce wymieszaliśmy składniki suche. Jeśli dobrze pamiętam, znalazło się tam:
- dwie szklanki mąki (w tym przypadku 1 szklanka mąki pszennej, 1/2 - żytniej i 1/2 - kukurydzianej, ale to wsio adno),
- mniej więcej szklanka cukru (w tym przypadku brązowego + trochę pudru, bo nie mogliśmy znaleźć zwykłego), który nie powinien się tu znaleźć,
- łyżeczka sody,
- łyżeczka proszku do pieczenia,
- trochę soli,
- łyżeczka cynamonu,
- łyżeczka kardamonu
A potem najważniejsze.
Każemy naszemu niewolnikowi zetrzeć na tarce 2 wielkie marchewy i pół dyni. Następnie przecier dodajemy do reszty składników i przelewamy całość na blaszkę.
W tym momencie zdajemy sobie sprawę z tego, że piekarnik trzeba było włączyć wcześniej, żeby się nagrzał. Przegraliśmy. Ciasto niech trochę poczeka.
Ciężko stwierdzić, jak długo ciasto się piekło. Pewnie z godzinę w temperaturze 160 stopni.
Może właściwie powinnam to przemilczeć, ale pod spodem było niemal płynne, więc po ukrojeniu i zjedzeniu dwóch kawałków, wsadziliśmy je (ciasto, nie kawałki) z powrotem do piekarnika na pół godziny, a potem poszliśmy spać.
Rano naszym oczom ukazał się piękny, smaczny zakalec.
Prawdopodobnie ciasto należy umieścić w płaskiej blasze, wtedy raczej lepiej się upiecze. I ja dałabym wyższą temperaturę, jakieś 180. Ale może można się nie przejmować, bo i tak wychodzi pyszne.
Tak więc smacznego Halloween!
Z dyniowo-marchewkowej kuchni pozdrawiają Luiza i Pejta.
piątek, 13 września 2013
Luiz superbohaterka
Czuję się jak superbohaterka. Nazywam się Kobieta - Studentka. Moim celem jest rozpoczęcie, przeżycie i ukończenie studiów.
Moim największym wrogiem, z którym nieustannie walczę, jest USOS.
Moim największym wrogiem, z którym nieustannie walczę, jest USOS.
poniedziałek, 9 września 2013
Piękno
Mam dzisiaj dziwny dzień. Wczoraj też miałam dziwny dzień. Nostalgiczny taki.
Kaiho. Odczuwam kaiho do piękna.
Kaiho to właśnie pragnienie, tęsknota, jak zresztą nietrudno się domyślić. Równie nietrudno się domyślić, że to fińskie słowo.
Słucham sobie fińskiego tanga, scrolluję zupę i przeglądam cabinporn. Nawet siedzę w sweterku, bo zimno w tym moim pokoju. Brakuje mi tylko herbaty, ale to za chwilę.
Mam jakoś ostatnio wenę do Luizopka, ale niestety wena ta jest najsilniejsza w momencie, kiedy leżę w łóżku i nie mam siły podnieść powiek.
W każdym razie, widzę tyle pięknych rzeczy, a ich nie ma. To znaczy, nie ma ich w moim życiu, bo istnieją sobie gdzieś tam daleko w pięknych krajach i w pięknych domach i pięknych lasach.
Ktoś gdzieś kiedyś siedział sobie wygodnie w pięknym miejscu i było mu tam miło...
Ktoś gdzieś kiedyś stworzył coś pięknego.
Ktoś gdzieś kiedyś miał w swoim życiu coś pięknego.
Ktoś gdzieś kiedyś mieszkał, otoczony przez piękno.
A ja przy tym czuję się tak:
Poza tym, że się nie masturbuję. Naprawdę nie. Po prostu siedzę sobie przed komputerem i nie robię niczego konstruktywnego. Blargh.
Ale jak się tak zastanawiam nad tym wszystkim, co widzę w Internecie, coś mi się przypomina. Na przykład moje zdjęcie w tle na blogu.
Kaiho. Odczuwam kaiho do piękna.
Kaiho to właśnie pragnienie, tęsknota, jak zresztą nietrudno się domyślić. Równie nietrudno się domyślić, że to fińskie słowo.
Słucham sobie fińskiego tanga, scrolluję zupę i przeglądam cabinporn. Nawet siedzę w sweterku, bo zimno w tym moim pokoju. Brakuje mi tylko herbaty, ale to za chwilę.
Mam jakoś ostatnio wenę do Luizopka, ale niestety wena ta jest najsilniejsza w momencie, kiedy leżę w łóżku i nie mam siły podnieść powiek.
W każdym razie, widzę tyle pięknych rzeczy, a ich nie ma. To znaczy, nie ma ich w moim życiu, bo istnieją sobie gdzieś tam daleko w pięknych krajach i w pięknych domach i pięknych lasach.
Ktoś gdzieś kiedyś siedział sobie wygodnie w pięknym miejscu i było mu tam miło...
Ktoś gdzieś kiedyś stworzył coś pięknego.
Ktoś gdzieś kiedyś miał w swoim życiu coś pięknego.
Ktoś gdzieś kiedyś mieszkał, otoczony przez piękno.
A ja przy tym czuję się tak:
Poza tym, że się nie masturbuję. Naprawdę nie. Po prostu siedzę sobie przed komputerem i nie robię niczego konstruktywnego. Blargh.
Ale jak się tak zastanawiam nad tym wszystkim, co widzę w Internecie, coś mi się przypomina. Na przykład moje zdjęcie w tle na blogu.
Oto oryginał tego zdjęcia, zrobiony osobiście przeze mnie na Ukonsaari w pierwszy słoneczny dzień po przesileniu letnim nad jeziorem Inari.
I przypomina mi się moje zdjęcie profilowe na Google.
Zrobione, jeśli dobrze pamiętam, przez pana Grzegorza, w drodze na Preikestolen.
Yay, Preikestolen.
Dochodzę więc do wniosku, że w sumie z moim życiem nie jest tak źle. Ja też czasem jestem w pięknych miejscach i widzę piękne rzeczy. Czas chyba ogarnąć sobie duży słoik i zbierać kasę na wyjazd do Finlandii, żeby przypomnieć sobie, jak wygląda piękno. A w tym roku byłam przynajmniej na Mazurach, to prawie jak Finlandia :)
Na pożegnanie jeszcze mały reniferek biegnący za mamusią:
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























