Na początek randomowe newsy z życia Luizy:
Pofarbowałam włosy i teraz znowu mam zielone. Tym razem nie miało tak być.
Skończyłam prototyp prezentacji maturalnej, teraz mam dwa dni na ćwiczenie. Mało...
A żeby było ciekawiej, napiszę o swoich przemyśleniach z tygodnia matur pisemnych, kiedy to nie miałam czasu pisać nic na blogaska, gdyż byłam zajęta wysypianiem się na egzaminy.
Zdaje mi się, że te przemyślenia przyszły do mnie w tramwaju, ewentualnie autobusie, ostatecznie pociągu. Ale to chyba był tramwaj.
Myślałam o Tristanie i Izoldzie, bo o nich czytałam, przypominając sobie lektury przed maturą z polskiego. Przeczytałam w bardzo skrótowym opracowaniu, że gdy Tristan umierał, jego żona powiedziała mu, że Izolda Złotowłosa nie przyszła się z nim pożegnać. Tristan umarł więc w samotności i rozpaczy, ponieważ przestał czekać na ukochaną, która przyszła wkrótce po tym, jak on wyzionął ducha.
Zaczęłam myśleć o tym, dlaczego tak ważne było dla Tristana i Izoldy, by pożegnać się przed śmiercią? Czy chodziło o to, by nie umierać samotnie? Jeśli tak, to dlaczego nie wystarczyłoby po prostu być razem, dlaczego musieli się żegnać?
Pomyślałam o tym, jak często ludzie żałują, że nie zdążyli pożegnać się z tymi, którzy odeszli przedwcześnie. Żałują, że czegoś nie powiedzieli, nie rozwiązali niepotrzebnych konfliktów, nie podziękowali, nie przeprosili. O co tu chodzi?
Przypomina mi to o mojej pieczątce, którą zrobiłam z gumki do ścierania, zainspirowana oczywiście Ze Frankiem.
Na pieczątce jest renifer i Słońce. Renifer jest wykonany tak, jak na bębnie lapońskiego szamana, natomiast Słońce przedstawiłam za pomocą krzyża słonecznego oraz swastyki, czyli typowymi symbolami "niebiańskiego ognia".
Pieczątka jest po to, żeby zakończyć pracę. Chodzi o to, żeby pożegnać się z czymś, co się zrobiło, nie próbować już tego ulepszać, już nic nie zmieniać. Zakończyć.
Nie zastanowiłam się wcześniej nad tym, dlaczego to kończenie jest takie ważne w innych dziedzinach życia, niż twórczość. Bo to rozumiem, chodzi o to, żeby być w stanie przejść od jednego projektu do następnego. Ale dlaczego ludzie chcą się żegnać z osobami, które odchodzą i których więcej się nie spotka? Dlaczego wyjeżdżając, niektórzy organizują huczne imprezy pożegnalne?
Przyszło mi do głowy, że przyczyna tego jest nieco inna niż w przypadku pieczątki. Przypomniałam sobie sytuacje, kiedy ktoś się żegnał ze mną czy z innymi, na przykład podczas kończenia któregoś etapu edukacji. Pamiętam zakończenie roku w trzeciej klasie gimnazjum, przepełnione beznadziejnymi sentymentami. Chciałam się stamtąd wydostać jak najszybciej, bez pożegnania, po prostu wyjść i nigdy więcej nie wrócić. O, to w sumie jest jak pieczątka - chciałam szybko i energicznie przybić pieczątkę, zamaszyście postawić parafkę, trzasnąć drzwiami i pójść sobie, nie oglądając się. Mieć to za sobą.
Pożegnanie to tylko przedłużanie końca, odwlekanie ostatecznego rozwiązania, chwytanie się ostatniej deski ratunku. Żegnamy się, kiedy tego nie chcemy. Całujemy się na do widzenia, bo chcemy się jeszcze zobaczyć. Jeśli wiemy, że spotkamy się następnego dnia, pożegnanie nie jest tak ważne, jeśli jednak możemy się już więcej nie zobaczyć, korzystamy z każdej dostępnej chwili razem pod pretekstem żegnania się.
Palacze mają ponoć tendencję do palenia kilkudziesięciu "ostatnich papierosów", gdy mają rzucić palenie. Żegnają się z nałogiem, bo chcą palić dalej i wyszukują sobie wymówek - pożegnanie to świetna wymówka.
Albo przechodzenie na dietę - odchudzam się od jutra, dzisiaj jeszcze pożegnam się z dotychczasowym trybem życia, pożegnam się z ciastkami i czekoladą. Od jutra, od jutra, nigdy.
O to chodzi. Jeśli się żegnam, to znaczy, że tego nie chcę. To znaczy, że lubię to, od czego odchodzę i wcale nie chcę z tym kończyć. To znaczy, że będę to wspominała z sentymentem i dlatego chcę mieć jak najwięcej wspomnień. To część mnie, dlatego chcę postawić na tym swoją pieczątkę.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ze Frank. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ze Frank. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 13 maja 2013
niedziela, 12 maja 2013
Sprzątanie część druga
Z pomocą mamy posprzątałam dziś pokój.
No dobra, skłamałam. Naprawdę wyglądało to tak, że ja leżałam w łóżku, a mama sprzątała i ja tylko mówiłam, co jest do śmieci i co gdzie odłożyć.
Do tego mam nowy regał skręcony dzięki współpracy z Piotrem - ale sama też bym sobie poradziła, bo jestem silną i niezależną kobietą! - więc w końcu będę miała trochę więcej miejsca na moje książki. Poza tym zwalnia się miejsce dzięki temu, że skończyłam już szkołę i nie potrzebuję podręczników. Zachowałam jednak książki do niemieckiego. Zamierzam się uczyć, a następnie sprzedać ostatniemu pokoleniu, które może z tej książki skorzystać.
W końcu obejrzałam kilka odcinków Latającego Cyrku Monty Pythona (pozdrawiam właściciela płyt :)).
A, swoją drogą, czy ktoś z czytelników zna się na teorii literatury? Jak nazywa się zabieg literacki, nadający podniosły charakter, polegający na układaniu obok siebie wyrazów zaczynających się na tę samą literę, np. w tym zdaniu: "Oft Scyld Scefing sceaþena þreatum, monegum mægþum, meodosetla ofteah, egsode eorlas." Czy to w ogóle jakoś się nazywa?
Zaczęłam przygotowywać prezentację maturalną na czwartek. W samą porę. Póki co wychodzi mi dużo gadania, ale nie weszłam jeszcze w fazę testów. Jeszcze nawet nie wyszłam z fazy przygotowywania.
W każdym razie, zdawać by się mogło, że mam dziś dość pracowity dzień. Sprzątanie, meblozakupy, skręcanie regału, pisanie prezentacji, Monty Python... Jakimś cudem znalazłam jednak czas na oglądanie Torchwood.
Uwaga, drogi czytelniku. Jeśli przyjdzie Ci kiedyś do głowy oglądać Torchwood - nie rób tego. Naprawdę. Zrób to światu i sobie samemu. Naprawdę, to kiepski pomysł. Ten serial jest beznadziejny. Lepiej obejrzyj Supernatural. Meh, już lepiej obejrzyj Pretty Little Liars. Albo nic nie oglądaj, tylko zrób coś sensownego ze swoim życiem.
A właśnie, dzisiaj, gdy pisałam prezentację maturalną, przypomniał mi się rap Ze Franka z An Invocation for Beginning: "Let me not hit up my Facebook like it's a crack pipe. Keep the browser closed!" Dzięki temu udało mi się pisać tak długo, aż przyszedł mój gość i nie dawałam za bardzo rozpraszać się Internetowi. Tylko trochę Torchwood, ale to inna historia.
Dziś był dobry dzień. Zaczęłam go leniwie, ale dociągnęłam do końca całkiem pozytywnego wieczora. Jest dobrze i jutro też będzie. Może nawet lepiej.
Dobranoc, blogasku.
No dobra, skłamałam. Naprawdę wyglądało to tak, że ja leżałam w łóżku, a mama sprzątała i ja tylko mówiłam, co jest do śmieci i co gdzie odłożyć.
Do tego mam nowy regał skręcony dzięki współpracy z Piotrem - ale sama też bym sobie poradziła, bo jestem silną i niezależną kobietą! - więc w końcu będę miała trochę więcej miejsca na moje książki. Poza tym zwalnia się miejsce dzięki temu, że skończyłam już szkołę i nie potrzebuję podręczników. Zachowałam jednak książki do niemieckiego. Zamierzam się uczyć, a następnie sprzedać ostatniemu pokoleniu, które może z tej książki skorzystać.
W końcu obejrzałam kilka odcinków Latającego Cyrku Monty Pythona (pozdrawiam właściciela płyt :)).
A, swoją drogą, czy ktoś z czytelników zna się na teorii literatury? Jak nazywa się zabieg literacki, nadający podniosły charakter, polegający na układaniu obok siebie wyrazów zaczynających się na tę samą literę, np. w tym zdaniu: "Oft Scyld Scefing sceaþena þreatum, monegum mægþum, meodosetla ofteah, egsode eorlas." Czy to w ogóle jakoś się nazywa?
Zaczęłam przygotowywać prezentację maturalną na czwartek. W samą porę. Póki co wychodzi mi dużo gadania, ale nie weszłam jeszcze w fazę testów. Jeszcze nawet nie wyszłam z fazy przygotowywania.
W każdym razie, zdawać by się mogło, że mam dziś dość pracowity dzień. Sprzątanie, meblozakupy, skręcanie regału, pisanie prezentacji, Monty Python... Jakimś cudem znalazłam jednak czas na oglądanie Torchwood.
Uwaga, drogi czytelniku. Jeśli przyjdzie Ci kiedyś do głowy oglądać Torchwood - nie rób tego. Naprawdę. Zrób to światu i sobie samemu. Naprawdę, to kiepski pomysł. Ten serial jest beznadziejny. Lepiej obejrzyj Supernatural. Meh, już lepiej obejrzyj Pretty Little Liars. Albo nic nie oglądaj, tylko zrób coś sensownego ze swoim życiem.
A właśnie, dzisiaj, gdy pisałam prezentację maturalną, przypomniał mi się rap Ze Franka z An Invocation for Beginning: "Let me not hit up my Facebook like it's a crack pipe. Keep the browser closed!" Dzięki temu udało mi się pisać tak długo, aż przyszedł mój gość i nie dawałam za bardzo rozpraszać się Internetowi. Tylko trochę Torchwood, ale to inna historia.
Dziś był dobry dzień. Zaczęłam go leniwie, ale dociągnęłam do końca całkiem pozytywnego wieczora. Jest dobrze i jutro też będzie. Może nawet lepiej.
Dobranoc, blogasku.
sobota, 20 kwietnia 2013
Prokrastynacja i brak motywacji
W tym momencie powinnam coś robić. Coś bardzo ważnego.
Właściwie, są trzy bardzo ważne rzeczy, które powinnam teraz robić.
Zamiast tego oglądam filmy Ze Franka, nawet te, które już widziałam i w sumie częściowo to dobrze, bo Ze Frank motywuje, ale z drugiej strony, oglądam kacze penisy zamiast działać. A teraz piszę na blogu.
Powinnam działać, kończyć, działać i kończyć to, co zaczęłam, ale nie mogę, nie potrafię, boli mnie głowa i nie umiem myśleć i tak bardzo nienawidzę tego, co się ze mną teraz dzieje i mam już niedużo czasu.
Tak rozmyślając, weszłam w zakładki, żeby popatrzeć na to, czym miałam się zajmować i trochę się zmotywować, ale zobaczyłam, że mam w zakładkach to:
Oczywiście, Ze Frank. Kocham go, uwielbiam.
Ze Frank wymyślił coś bardzo ważnego. Było to dawno temu, na długo przed tym, jak go poznałam. Zdaje się, że na długo przed tym, jak powstał nowy a show, pewnie w 2006 roku. Albo jeszcze wcześniej.
F I L D I.
Powinnam okleić sobie cały pokój w F I L D I. To bardzo przydatne, kiedy zaczynam wątpić w sens tego, co robię. Kiedy powoli zaczynam tracić motywację i dochodzę do wniosku, że miałam głupi pomysł. Może i głupi, ale mój. Wynikł z tego, co ja sama osobiście wymyśliłam i z tego, co siedzi w mojej głowie. Ludzie mogą zaakceptować wynik mojego myślenia i mojej pracy lub nie. Zrobią, co zrobią, a ja powinnam tylko dostarczyć im mój bodziec, moją akcję, na którą otrzymam reakcję.
Co to znaczy F I L D I i dlaczego piszę to z odstępami? Zacznę od drugiej części: bo tak mi się podoba. A co do pierwszej: to skrótowiec, jak nietrudno się domyślić.
ef ai el di ai
F I L D I
Fuck
It;
Let's
Do
It!
Pierdolić to, zróbmy to!
Dlaczego miałabym bać się reakcji? Dlaczego niby miałabym wątpić? Przecież jestem genialna, najlepsza na świecie, jestem ostatecznym, najwyższym ideałem. Bo wszystko jest względne, a ponieważ widzę świat swoimi oczami, nie żadnymi innymi, powinnam przyjmować siebie jako centrum wszechświata, bo to ja jestem punktem odniesienia do wszystkiego, co wychodzi ode mnie.
Dlatego F I L D I, zrobię to po swojemu.
Fuck it; let's do it.
Właściwie, są trzy bardzo ważne rzeczy, które powinnam teraz robić.
Zamiast tego oglądam filmy Ze Franka, nawet te, które już widziałam i w sumie częściowo to dobrze, bo Ze Frank motywuje, ale z drugiej strony, oglądam kacze penisy zamiast działać. A teraz piszę na blogu.
Powinnam działać, kończyć, działać i kończyć to, co zaczęłam, ale nie mogę, nie potrafię, boli mnie głowa i nie umiem myśleć i tak bardzo nienawidzę tego, co się ze mną teraz dzieje i mam już niedużo czasu.
Tak rozmyślając, weszłam w zakładki, żeby popatrzeć na to, czym miałam się zajmować i trochę się zmotywować, ale zobaczyłam, że mam w zakładkach to:
Oczywiście, Ze Frank. Kocham go, uwielbiam.
Ze Frank wymyślił coś bardzo ważnego. Było to dawno temu, na długo przed tym, jak go poznałam. Zdaje się, że na długo przed tym, jak powstał nowy a show, pewnie w 2006 roku. Albo jeszcze wcześniej.
F I L D I.
Powinnam okleić sobie cały pokój w F I L D I. To bardzo przydatne, kiedy zaczynam wątpić w sens tego, co robię. Kiedy powoli zaczynam tracić motywację i dochodzę do wniosku, że miałam głupi pomysł. Może i głupi, ale mój. Wynikł z tego, co ja sama osobiście wymyśliłam i z tego, co siedzi w mojej głowie. Ludzie mogą zaakceptować wynik mojego myślenia i mojej pracy lub nie. Zrobią, co zrobią, a ja powinnam tylko dostarczyć im mój bodziec, moją akcję, na którą otrzymam reakcję.
Co to znaczy F I L D I i dlaczego piszę to z odstępami? Zacznę od drugiej części: bo tak mi się podoba. A co do pierwszej: to skrótowiec, jak nietrudno się domyślić.
ef ai el di ai
F I L D I
Fuck
It;
Let's
Do
It!
Pierdolić to, zróbmy to!
Dlaczego miałabym bać się reakcji? Dlaczego niby miałabym wątpić? Przecież jestem genialna, najlepsza na świecie, jestem ostatecznym, najwyższym ideałem. Bo wszystko jest względne, a ponieważ widzę świat swoimi oczami, nie żadnymi innymi, powinnam przyjmować siebie jako centrum wszechświata, bo to ja jestem punktem odniesienia do wszystkiego, co wychodzi ode mnie.
Dlatego F I L D I, zrobię to po swojemu.
Fuck it; let's do it.
niedziela, 13 stycznia 2013
Let's start this shit up!
Przejście z zera do jedynki jest trudne. Często docieranie do pierwszego checkpointu jest jak dążenie do asymptoty. No, przynajmniej dla mnie. Ze Frank potrafi zacząć od mówienia o zaczynaniu, ale dla mnie najlepszym sposobem byłoby chyba... po prostu zacząć.
A zaczęło się pewnej myśli trzy dni temu. W sklepie przy moim osiedlu pojawił się sympatyczny estoński cydr, więc wyszłam na zakupy. Nie całkiem wiem po co, ale zanim kupiłam cydr, poszłam do sklepu papierniczego. Dość często idę tam, gdzie zaniosą mnie nogi bez zastanawiania się nad celem. Chyba weszłam tam, bo było otwarte.
Hałas i "tłum" (pięć osób - to bardzo mały sklep) przytłoczyły mnie i chciałam właściwie olać to wszystko i w spokoju oglądać ołówki, ale przeszkodziła mi w tym sprzedawczyni - osoba, która wychodzi z niesłusznego i właściwie to absurdalnego założenia, że ludzie wiedzą, czego chcą. Kto wchodzi do sklepu i wie, czego chce? Na pewno nie ja. Pod presją jasnego światła, ciasnoty i krzyku sprzedawczyni: "SŁUCHAAAM?!", poprosiłam o szkicownik. Dostałam szkicownik, zapłaciłam za niego i uciekłam.
Potem kupiłam cydr i przeszłam obok nowo otwartego butiku, ale to są dwa osobne tematy. Wciąż miałam w torebce szkicownik.
I przyszłam z nim do domu, schowałam się w pokoju, znalazłam jakiś ołówek i temperówkę i zaczęłam rysować. Nie, nie umiem rysować, tylko miałam na to ochotę. Szczególnie, że zaczęłam pisać coś fabularnego (czego nigdy nie skończę, ale i tak piszę) i napisałam tam o długich włosach związanych w wysoki kucyk, bo kiedy miałam długie włosy, często wiązałam je w wysoki kucyk z jednego specyficznego względu. Panie i panowie, Kozue Mukai:
Uwielbiam ją. To moja ulubiona postać fikcyjna ever. Często zwracam dużą uwagę na postaci drugoplanowe i zastanawiam się, czy to dlatego, że polubiłam Kozue, czy też polubiłam Kozue, bo skupiam się na postaciach drugoplanowych, czy może skupiam się na postaciach drugoplanowych, bo one zostały stworzone, żeby się na nich skupiać?
Archetypy odgrywają u mnie bardzo ważną rolę i często zauważam, że chociaż lubię zmiany, to zazwyczaj trzymam się wciąż tej samej konwencji i jeśli zostanie wprowadzona zbyt duża zmiana, odczuwam w związku z nią dyskomfort. Przez to wierzę w przeznaczenie. Wierzę, że dążę podświadomie do określonego ideału, dlatego mój gust nieszczególnie się zmienia i czuję, że wiele odziedziczyłam po Luizie - gimnazjalistce.
Nie czytam już mangi ani nie oglądam anime - szczęśliwie, mam to już za sobą - ale mój adres e-mail "mukai.kozue" funkcjonował długo. Już go zmieniłam i używam, dla odmiany, swojego prawdziwego nazwiska. Stwierdziłam, poniekąd pod wpływem zmian na YouTube i poniekąd pod wpływem pewnych ludzi działających w Internecie, że anonimowość jest niepotrzebna i w ogóle nie służy. Chyba że wysyła się komuś bombę w paczce, wtedy anonimowość może się przydać.
Jeśli ukrywam się pod pseudonimem, kiedy coś tworzę - choćby piszę komentarz, to właściwie zrzucam z siebie odpowiedzialność. Nie muszę czuć się skrytykowana, kiedy ktoś podważa wyrażoną w moim komentarzu opinię. W końcu krytyka nie jest wymierzona we mnie, tylko w *tuwstawnick*.
To jest moment na rozgrzewkę wokalną stosowaną w moim gimnazjum, zanim ja tam poszłam, a przynajmniej tak mi się wydaje, tak ktoś kiedyś mówił, może nagram ją i wrzucę gdzieś dźwięk, ale póki co musi wystarczyć jej treść: "Na co to, po co to, na co to, po co to, na co to, po co to jest?"
A skoro już jestem na facebooku z moim prawdziwym nazwiskiem (co tam, że mój username to "turmion.katilo", chociaż nawet nie słucham już Turmion Kätilöt. Hmm... co mówiłam, że niby ich nie słucham? Wciąż ubolewam nad zdjęciem fanowskiej strony zespołu z tekstami i tłumaczeniami wszystkich piosenek. To chyba dzięki nim nauczyłam się najwięcej słownictwa. Ciekawe tylko, po co mi takie słowa jak "piła mechaniczna", "rzeźnik" czy "swastyka".)
Anonimowość, tak. Może dobrze byłoby brać odpowiedzialność za upubliczniane treści? Dla mnie słowa mają większą wartość, jeśli widzę, że zostały wypowiedziane przez prawdziwą osobę, a nie tożsamość bez twarzy, a tylko z dziwną nazwą. Skoro wszyscy mają zobaczyć to, co tworzę, dlaczego mają nie wiedzieć, że to jestem ja?
I może wrócę do przerwanego przez Kozue wątku szkicownika.
Stworzyłam od czwartku jeden rysunek, nawet niecały, który zaczął się od wizji wysoko zawiązanego kucyka. I potem nie miałam już żadnej wizji i nie narysowałam nic. Tak samo postanowiłam dziś coś napisać i dopóki nie przypomniałam sobie o tym szkicowniku, nie byłam w stanie nic wymyślić.
Zastanawiam się, jak tacy ludzie, których stałym zajęciem jest pisanie lub rysowanie, są w stanie tworzyć, kiedy nie mają akurat inspiracji. Czytałam o tym zylion felietonów i wciąż nie rozumiem. Pewnie musiałabym znaleźć się w tej sytuacji, żeby wiedzieć, jak to możliwe.
Pewnie gdyby ktoś mi teraz powiedział, że mam daną liczbę dni na napisanie opowiadania, za które dostanę pieniądze, to pewnie nie oderwałabym się od klawiatury do skończenia pisania, chociaż teraz nie mam pomysłu. Pieniądze potrafią inspirować.
Tym radosnym akcentem chyba zakończę już mój pierwszy bezsensowny słowotok na tym blogu.
Tu powinno być jakieś ciekawe pozdrowienie - muszę nad tym pomyśleć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
