Nie przepadam za obowiązkowym tematem "jedzenie" podczas nauki języka, bo wiem, że przez kolejne zajęcia będę ciągle głodna i będę miała ochotę na różne dziwne potrawy. I tak, kiedy ostatnio na fińskim oglądaliśmy kolejny filmik z serii "Supisuomea", nabrałam okropnej ochoty na zupę łososiową. Od piątku parę razy ochota mi przechodziła i wracała, aż w końcu musiałam pójść dzisiaj do sklepu po bejcę i przy okazji skoczyłam po łososia. Do tematu bejcy wrócę w kolejnym wpisie, a jeśli chodzi o lohikeitto à la Luïza, to składniki są następujące:
0,444 kg płatu z łososia, bo tyle się ukroiło; poza tym nie kupiłam filetu, bo nie przesadzajmy z burżujstwem na jedną zupę,
1 duży por,
+/- 6 małych ziemniaków (nie mam pojęcia, ile ich właściwie użyłam),
2 marchewki,
pół kostki masła,
małe opakowanie śmietany 18%,
trochę kopru (ponoć łosoś+koper to niezawodne połączenie),
liść laurowy,
sól i pieprz.
Wykorzystałam jakieś różne przepisy, które Google podaje po wyszukaniu "lohikeitto" i dodałam do nich marchewki. Przepis, którego raczej bardziej się trzymałam, podaje oliwę z oliwek zamiast masła, co uznałam za niefińskie i na podstawie jakiejś innej wersji trzymałam się masła. Poza tym uważam, że marchewki są cennym składnikiem ze względu na kolor, inaczej zupa wyglądałaby mniej przyjemnie i kolorowo.
Podam zoptymalizowaną kolejność czynności. Polecam zacząć od przekrojenia pora wzdłuż, a następnie pocięcia w talarki.
Kiedy por jest gotowy, można podgrzewać w garnku masło w ilości ok. 3 łyżek stołowych.
Kiedy całe się już roztopi, wrzucamy na to pora. Polecam trzymać to pod przykrywką, bo hałasuje. Przynajmniej u mnie hałasowało.
Zanim się roztopi, zdążymy zacząć obierać ziemniaki oraz marchewki. Pokroimy je, kiedy por zacznie się już smażyć. A kiedy się usmaży, wlewa się do niego jakieś 2,5 szklanki wody. Myślę, że u mnie gęstość wyszła w sam raz, ale użyłam dużej szklanki. Pomiary wskazują, że mogłam tam wlać ok. 750 ml wody. Do tego wrzuca się liść laurowy i czeka, aż się zagotuje.
W międzyczasie kończymy kroić ziemniaki i marchewkę.
Jeśli woda już się gotuje, wrzucamy tam nasze warzywka.
Czas na łososia. Ponieważ kupiliśmy wersję tańszą, trzeba teraz zdjąć skórę i wyjąć ości, co na szczęście nie jest szczególnie uciążliwe. Następnie kroimy łososia w kawałki takiej wielkości, jakie chcielibyśmy mieć w zupie. Kiedy ziemniaki już nieco zmiękną (a zanim to się stanie, można przygotować sobie śmietanę i przyprawy), wrzucamy do garnka łososia.
Łosoś nie wymaga długiego gotowania, myślę, że to potrwa dosłownie 5 minut. Po tym czasie dodajemy śmietanę (na zdjęciu wyżej już jest śmietana), koper, sól i pieprz.
Gotową zupę nakładamy do najmniejszych miseczek jakie mamy, bo jest bardzo sycąca. Nie ukrywając - tak przygotowana fińska zupa łososiowa jest gęsta, ciężka i tłusta, obok łososia wyraźnie czuć w niej nabiał. Raczej nie polecałabym na lato, ale na mroźny zimowy dzień jest wspaniała.
Ach, zapomniałabym - to nie jest "pierwsze danie", to pełnoprawny posiłek. Choć Piotr deklarował jeszcze chęć na ewentualne drugie danie, to tylko świadczy o jego szaleństwie. Zwykły śmiertelnik powinien się tym najeść aż za bardzo.
Uff, ja właśnie najadłam się kilkoma łyżkami.
Tak czy inaczej... Smacznego!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Finlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Finlandia. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 27 stycznia 2014
poniedziałek, 9 września 2013
Piękno
Mam dzisiaj dziwny dzień. Wczoraj też miałam dziwny dzień. Nostalgiczny taki.
Kaiho. Odczuwam kaiho do piękna.
Kaiho to właśnie pragnienie, tęsknota, jak zresztą nietrudno się domyślić. Równie nietrudno się domyślić, że to fińskie słowo.
Słucham sobie fińskiego tanga, scrolluję zupę i przeglądam cabinporn. Nawet siedzę w sweterku, bo zimno w tym moim pokoju. Brakuje mi tylko herbaty, ale to za chwilę.
Mam jakoś ostatnio wenę do Luizopka, ale niestety wena ta jest najsilniejsza w momencie, kiedy leżę w łóżku i nie mam siły podnieść powiek.
W każdym razie, widzę tyle pięknych rzeczy, a ich nie ma. To znaczy, nie ma ich w moim życiu, bo istnieją sobie gdzieś tam daleko w pięknych krajach i w pięknych domach i pięknych lasach.
Ktoś gdzieś kiedyś siedział sobie wygodnie w pięknym miejscu i było mu tam miło...
Ktoś gdzieś kiedyś stworzył coś pięknego.
Ktoś gdzieś kiedyś miał w swoim życiu coś pięknego.
Ktoś gdzieś kiedyś mieszkał, otoczony przez piękno.
A ja przy tym czuję się tak:
Poza tym, że się nie masturbuję. Naprawdę nie. Po prostu siedzę sobie przed komputerem i nie robię niczego konstruktywnego. Blargh.
Ale jak się tak zastanawiam nad tym wszystkim, co widzę w Internecie, coś mi się przypomina. Na przykład moje zdjęcie w tle na blogu.
Kaiho. Odczuwam kaiho do piękna.
Kaiho to właśnie pragnienie, tęsknota, jak zresztą nietrudno się domyślić. Równie nietrudno się domyślić, że to fińskie słowo.
Słucham sobie fińskiego tanga, scrolluję zupę i przeglądam cabinporn. Nawet siedzę w sweterku, bo zimno w tym moim pokoju. Brakuje mi tylko herbaty, ale to za chwilę.
Mam jakoś ostatnio wenę do Luizopka, ale niestety wena ta jest najsilniejsza w momencie, kiedy leżę w łóżku i nie mam siły podnieść powiek.
W każdym razie, widzę tyle pięknych rzeczy, a ich nie ma. To znaczy, nie ma ich w moim życiu, bo istnieją sobie gdzieś tam daleko w pięknych krajach i w pięknych domach i pięknych lasach.
Ktoś gdzieś kiedyś siedział sobie wygodnie w pięknym miejscu i było mu tam miło...
Ktoś gdzieś kiedyś stworzył coś pięknego.
Ktoś gdzieś kiedyś miał w swoim życiu coś pięknego.
Ktoś gdzieś kiedyś mieszkał, otoczony przez piękno.
A ja przy tym czuję się tak:
Poza tym, że się nie masturbuję. Naprawdę nie. Po prostu siedzę sobie przed komputerem i nie robię niczego konstruktywnego. Blargh.
Ale jak się tak zastanawiam nad tym wszystkim, co widzę w Internecie, coś mi się przypomina. Na przykład moje zdjęcie w tle na blogu.
Oto oryginał tego zdjęcia, zrobiony osobiście przeze mnie na Ukonsaari w pierwszy słoneczny dzień po przesileniu letnim nad jeziorem Inari.
I przypomina mi się moje zdjęcie profilowe na Google.
Zrobione, jeśli dobrze pamiętam, przez pana Grzegorza, w drodze na Preikestolen.
Yay, Preikestolen.
Dochodzę więc do wniosku, że w sumie z moim życiem nie jest tak źle. Ja też czasem jestem w pięknych miejscach i widzę piękne rzeczy. Czas chyba ogarnąć sobie duży słoik i zbierać kasę na wyjazd do Finlandii, żeby przypomnieć sobie, jak wygląda piękno. A w tym roku byłam przynajmniej na Mazurach, to prawie jak Finlandia :)
Na pożegnanie jeszcze mały reniferek biegnący za mamusią:
środa, 21 sierpnia 2013
Chyba jestem komunistką
Czytam sobie dyskusję na facebooku i doszłam do wniosku, że chyba jestem komunistką. Przynajmniej w oczach zwolenników prywatyzacji i takich tam.
Dyskusja się toczy w temacie przedszkoli i tego, o, artykułu.
Artykuł o kwestii wycofania zajęć dodatkowych z przedszkoli napisany jest jednoznacznie negatywnie, natomiast dyskusja doprowadziła do wniosku, że ustawa jest neutralna bądź dobra.
BLARGH.
Jestem zadeklarowaną finofilką, więc nie spodziewam się, żeby mój głos został potraktowany jakkolwiek poważnie, ponieważ moja opinia opiera się na tym, jak sprawy wyglądają w Finlandii, ale co mi tam.
Finlandia, piękny kraj. Dużo lasów, mało ludzi, wysokie podatki, przeokropnie wysoka jakość świadczeń państwowych. Z jakiegoś powodu Finowie mają dużo więcej szacunku do zawodów "tradycyjnie" państwowych - lekarzy, nauczycieli itp. Z jakiegoś powodu u Polaków ciężko coś takiego zaobserwować i zastanawiam się dlaczego. Dlaczego podważamy autorytet osób, do których przecież przychodzimy dlatego, że oczekujemy od nich większej wiedzy? Może za bardzo by się chciało, żeby wszyscy byli życzliwi. Jak lekarz jest bucem, choćby genialnym bucem, to się go nie szanuje. Ergo: winien polski temperament.
Ale do rzeczy. Spędziłam tydzień w fińskiej szkole.
Piękny, nowoczesny budynek. Przestronny. Z mnóstwem miejsc, w których można posiedzieć, jeśli akurat nie ma się lekcji. Duża wspólna sala ze sceną. To była bardzo ważna sala, bo w niej znajdowała się stołówka, a w tej stołówce - darmowe żarcie. Do samodzielnego nakładania, czyli na dobrą sprawę: bierzesz, ile chcesz, a nie, ile ci nałoży pani w okienku. Oczywiście "darmowe żarcie" to tak naprawdę "żarcie za pieniądze podatników", ale gdybym była obywatelką Finlandii, lekką ręką oddawałabym moje podatki, bo miałabym świadomość, że się one nie marnują i uczniowie mają tak pyszne jedzenie w szkołach. I komputery na korytarzach. I dobrze wyposażone sale lekcyjne. Mój piękny wydział się nie umywa.
Nikt mnie nigdy nie przekona, że prywatne to lepsze. To nie jest kwestia "prywatne-państwowe". To kwestia "mądrze zarządzane-niemądrze zarządzane". Gdyby tak nie kupować setek państwowych iPadów i gdyby tak państwem rządzili ludzie wyróżniający się inteligencją i przedsiębiorczością, a nie egocentryzmem...
Absolutnie nie twierdzę, że Finlandia = idylla. Po prostu podaję przykład na to, że wysokie podatki to wcale nie koniec świata.
Tak na miłe zakończenie, a propos końca świata...
Spokojnie, apokalipsa nie nadeszła. W oryginale było "5 bucks", czyli trochę jeszcze nam zostało.
Dyskusja się toczy w temacie przedszkoli i tego, o, artykułu.
Artykuł o kwestii wycofania zajęć dodatkowych z przedszkoli napisany jest jednoznacznie negatywnie, natomiast dyskusja doprowadziła do wniosku, że ustawa jest neutralna bądź dobra.
BLARGH.
Jestem zadeklarowaną finofilką, więc nie spodziewam się, żeby mój głos został potraktowany jakkolwiek poważnie, ponieważ moja opinia opiera się na tym, jak sprawy wyglądają w Finlandii, ale co mi tam.
Finlandia, piękny kraj. Dużo lasów, mało ludzi, wysokie podatki, przeokropnie wysoka jakość świadczeń państwowych. Z jakiegoś powodu Finowie mają dużo więcej szacunku do zawodów "tradycyjnie" państwowych - lekarzy, nauczycieli itp. Z jakiegoś powodu u Polaków ciężko coś takiego zaobserwować i zastanawiam się dlaczego. Dlaczego podważamy autorytet osób, do których przecież przychodzimy dlatego, że oczekujemy od nich większej wiedzy? Może za bardzo by się chciało, żeby wszyscy byli życzliwi. Jak lekarz jest bucem, choćby genialnym bucem, to się go nie szanuje. Ergo: winien polski temperament.
Ale do rzeczy. Spędziłam tydzień w fińskiej szkole.
| Zdjęcie jest przekłamane. Gdzieś chyba od tej strony powinno stać kilkadziesiąt rowerów. |
Nikt mnie nigdy nie przekona, że prywatne to lepsze. To nie jest kwestia "prywatne-państwowe". To kwestia "mądrze zarządzane-niemądrze zarządzane". Gdyby tak nie kupować setek państwowych iPadów i gdyby tak państwem rządzili ludzie wyróżniający się inteligencją i przedsiębiorczością, a nie egocentryzmem...
Absolutnie nie twierdzę, że Finlandia = idylla. Po prostu podaję przykład na to, że wysokie podatki to wcale nie koniec świata.
Tak na miłe zakończenie, a propos końca świata...
Spokojnie, apokalipsa nie nadeszła. W oryginale było "5 bucks", czyli trochę jeszcze nam zostało.
wtorek, 6 sierpnia 2013
Najpiękniejsze słowo
Zajrzałam dzisiaj na Joe Monstera, bo miałam ochotę zobaczyć coś ciekawego. I trafiłam na ten filmik:
Zazwyczaj filmy robione na zasadzie "zaczepiajmy ludzi na ulicy, zadawajmy im pytania i zmontujmy z tego coś interesującego" wychodzą bardzo dobrze. Zwykłe sondy uliczne, "Matura to bzdura" czy inne głupoty są całkiem przyjemne do oglądania. Pełna nadziei obejrzałam 7 minut tego filmiku i nie polecam, jeśli ma się ochotę na cokolwiek inteligentnego.
W całym nagraniu 4 osoby odpowiedziały na pytanie jakoś sensownie. Reszta mówiła o tym, jakie słowa najprzyjemniej im się kojarzą, ale to przecież nie to samo, co najpiękniejsze słowo. Te sensowne odpowiedzi to "motyl", "epos" i "circumstances" oraz "Milenka" jako imię córki. Większość osób podawała takie słowa jak "miłość", "przyjaźń", "życie", "matka". Chyba dwie osoby odpowiedziały "kocham cię", chociaż to dwa słowa.
Nie chcę być wredna ani się wywyższać, ale naprawdę inteligentne osoby raczej byłyby w stanie podać prawidłowe (tj. adekwatne do pytania, bo przecież pytanie jest o opinię) odpowiedzi. Tymczasem osoby montujące wrzuciły 3 z 4 akceptowalnych odpowiedzi (te bez emocjonalnej wartości) prawie na sam koniec filmiku, zapewne jako ciekawostki, jednak nieznaczące. Hmpf.
Oczywiście, że nie można wybrać najpiękniejszego słowa, jeśli nie weźmie się pod uwagę jego znaczenia, często jednak znaczenie bierze górę nad brzmieniem, konstrukcją wyrazu czy etymologią. A w końcu problem "najpiękniejszego słowa", choć niemożliwy do rozstrzygnięcia, jest niezmiernie interesujący. Można było go przestawić w dużo ciekawszym i bardziej logicznym filmie.
Według Niemców, najpiękniejszym wyrazem na świecie jest "yakamoz", tureckie słowo oznaczające "odbicie Księżyca w tafli wody". Jest bardzo ładne, ale zgodzę się z autorem artykułu w linku, że można by się co do tego kłócić. Niewątpliwie to słowo ma bardzo romantyczny charakter i jego znaczenie było ważne przy wyborze. Polskim kandydatem było słowo "filiżanka". Co?! "Filiżanka"? Przecież to słowo jest ledwie polskie! Ma może jakiś tam swój urok, ale w mojej ocenie znalazłoby się gdzieś na końcu kategorii "całkiem ładne". Nawet nie "ładne". Hmpf po raz drugi.
Moim ulubionym wyrazem w języku polskim mogłoby chyba być "zmartwychwstanie", absolutnie nie z przyczyn religijnych (bardziej kojarzy mi się z marchewką). Podoba mi się, ponieważ jest zlepkiem trzech rzeczywistych słów bez żadnych dodatków, a to nie jest częste w naszym języku. No i przy tym ładnie brzmi. Bardzo polsko.
Pod względem pisowni absolutnie najwspanialszym słowem jest "ещё". W alfabecie łacińskim na "jeszcze" potrzebujemy siedmiu liter. Na fonetyczny zapis "jeszczjo" - ośmiu. A tymczasem można to załatwić w trzech znakach. Cudnie.
Jednak ogólnie, zarówno pod względem brzmienia, jak i znaczenia, moim niekwestionowanym faworytem jest słowo "viima". Haha, jeśli nie spodziewałeś się fińskiego wyrazu, to znaczy, że mnie nie znasz. Viima to po fińsku "mroźny wiatr". Zawsze, gdy widzę lub, rzadziej, słyszę to słowo, kojarzy mi się z zimowym podmuchem, który kłuje moją twarz tysiącami małych igiełek mrozu... To bardzo miłe skojarzenie w tak gorący dzień jak dzisiaj.
W całym nagraniu 4 osoby odpowiedziały na pytanie jakoś sensownie. Reszta mówiła o tym, jakie słowa najprzyjemniej im się kojarzą, ale to przecież nie to samo, co najpiękniejsze słowo. Te sensowne odpowiedzi to "motyl", "epos" i "circumstances" oraz "Milenka" jako imię córki. Większość osób podawała takie słowa jak "miłość", "przyjaźń", "życie", "matka". Chyba dwie osoby odpowiedziały "kocham cię", chociaż to dwa słowa.
Nie chcę być wredna ani się wywyższać, ale naprawdę inteligentne osoby raczej byłyby w stanie podać prawidłowe (tj. adekwatne do pytania, bo przecież pytanie jest o opinię) odpowiedzi. Tymczasem osoby montujące wrzuciły 3 z 4 akceptowalnych odpowiedzi (te bez emocjonalnej wartości) prawie na sam koniec filmiku, zapewne jako ciekawostki, jednak nieznaczące. Hmpf.
Oczywiście, że nie można wybrać najpiękniejszego słowa, jeśli nie weźmie się pod uwagę jego znaczenia, często jednak znaczenie bierze górę nad brzmieniem, konstrukcją wyrazu czy etymologią. A w końcu problem "najpiękniejszego słowa", choć niemożliwy do rozstrzygnięcia, jest niezmiernie interesujący. Można było go przestawić w dużo ciekawszym i bardziej logicznym filmie.
Według Niemców, najpiękniejszym wyrazem na świecie jest "yakamoz", tureckie słowo oznaczające "odbicie Księżyca w tafli wody". Jest bardzo ładne, ale zgodzę się z autorem artykułu w linku, że można by się co do tego kłócić. Niewątpliwie to słowo ma bardzo romantyczny charakter i jego znaczenie było ważne przy wyborze. Polskim kandydatem było słowo "filiżanka". Co?! "Filiżanka"? Przecież to słowo jest ledwie polskie! Ma może jakiś tam swój urok, ale w mojej ocenie znalazłoby się gdzieś na końcu kategorii "całkiem ładne". Nawet nie "ładne". Hmpf po raz drugi.
Moim ulubionym wyrazem w języku polskim mogłoby chyba być "zmartwychwstanie", absolutnie nie z przyczyn religijnych (bardziej kojarzy mi się z marchewką). Podoba mi się, ponieważ jest zlepkiem trzech rzeczywistych słów bez żadnych dodatków, a to nie jest częste w naszym języku. No i przy tym ładnie brzmi. Bardzo polsko.
Pod względem pisowni absolutnie najwspanialszym słowem jest "ещё". W alfabecie łacińskim na "jeszcze" potrzebujemy siedmiu liter. Na fonetyczny zapis "jeszczjo" - ośmiu. A tymczasem można to załatwić w trzech znakach. Cudnie.
Jednak ogólnie, zarówno pod względem brzmienia, jak i znaczenia, moim niekwestionowanym faworytem jest słowo "viima". Haha, jeśli nie spodziewałeś się fińskiego wyrazu, to znaczy, że mnie nie znasz. Viima to po fińsku "mroźny wiatr". Zawsze, gdy widzę lub, rzadziej, słyszę to słowo, kojarzy mi się z zimowym podmuchem, który kłuje moją twarz tysiącami małych igiełek mrozu... To bardzo miłe skojarzenie w tak gorący dzień jak dzisiaj.
poniedziałek, 1 kwietnia 2013
Good guys
I'm wearing a self-made hat, a scarf by Anna Matilainen, the rest is second hand.
The north, Indians, fairies, the Sami people and nature inspire my style.I make and modify clothes myself. My style has been white and grey for a long time. I never wear bright colours.
I like down-to-earth colours, natural materials and details like lace and embroidery.
I
like colours, self-made clothes, ethnic influences, Finnish national
dresses and natural fibres – I'm allergic to synthetic materials.
Fairies, shamans and other good guys are my style icons.The north, Indians, fairies, the Sami people and nature inspire my style.I make and modify clothes myself. My style has been white and grey for a long time. I never wear bright colours.
I like down-to-earth colours, natural materials and details like lace and embroidery.
Fairies and elves inspire me.
I make and customize my clothes myself.
niedziela, 17 lutego 2013
Chaotyczna kuchnia Luizy: Karjalanpiirakat
Nie chcę, żeby stało się monotematycznie, dlatego przez najbliższy
tydzień nie będę nic jadła, żeby nie mieć więcej okazji do publikowania
Chaotycznej kuchni Luizy. Na razie jednak wykorzystałam to, co mi
zostało z quinoaburgerów i przygotowałam wegańską wersję pierogów
karelskich.
Korzystam z przepisu opublikowanego na oficjalnej stronie Ambasady Finlandii w Warszawie, którego źródłem jest "prawdziwa fińska babcia". Zdaje się, że Ambasadzie można ufać.
Ciasto na pierogi karelskie jest niesamowicie łatwe do zrobienia. Trochę wody, trochę soli, trochę mąki żytniej. Pszennej używam tylko podczas wałkowania. Wiem, że "trochę" to mało precyzyjne określenie. Ilość soli zależy od ilości mąki i wody, więc tu polecam trzymanie się oryginalnego przepisu (ostrzeżenie: tak, to będzie słone), jeśli chodzi natomiast o proporcje woda:mąka, to nawet Ambasada mówi, że ta ilość wody jest orientacyjna i ciężko jest podać dokładne ilości. Moje doświadczenie wskazuje, że ciasto na pierogi karelskie ma wtedy dobrą konsystencję, kiedy można z niego ulepić Muminka:
Muminek niestety długo nie pożył, bo zaraz potem go rozwałkowałam. Smutne.
Pierogi karelskie tym się różnią od naszych polskich, że robi się je z owalnych kawałków ciasta i nie zamyka się ich. Falbanka po prostu otacza farsz. No i ciasto jest dość chrupiące.
Tradycyjny farsz - ryż gotowany w mleku - jest niewegański i nawet zastanawiałam się ostatnio, czym go zastąpić. Dzisiaj problem rozwiązał się sam, bo już nie miałam ochoty na kotleta. Szczególnie nie miałam ochoty na kotleta na śniadanie. No i znowu nie miałam bułek.
Z jednego Muminka zrobiłam cztery pierogi. Przepis na stronie zakłada oczywiście dużo więcej (30), ale ja miałam tylko na tyle farsz. Zjadłam wszystkie, pisząc ten post, więc drugie zdjęcie to też już tylko wspomnienie.
Tak naprawdę prawdopodobnie niedługo pojawi się więcej moich kulinarnych przygód, bo wczoraj dostałam marchewki <3, a jeszcze dzisiaj zamierzam zrobić kolejną partię ciasteczek z owocami, które już do mnie jadą. Słodko!
Byłoby tylko dobrze wyzdrowieć kiedyś, bo jestem już zmęczona chorowaniem.
Z Doliny Muminków pozdrawia Luiza.
Korzystam z przepisu opublikowanego na oficjalnej stronie Ambasady Finlandii w Warszawie, którego źródłem jest "prawdziwa fińska babcia". Zdaje się, że Ambasadzie można ufać.
Ciasto na pierogi karelskie jest niesamowicie łatwe do zrobienia. Trochę wody, trochę soli, trochę mąki żytniej. Pszennej używam tylko podczas wałkowania. Wiem, że "trochę" to mało precyzyjne określenie. Ilość soli zależy od ilości mąki i wody, więc tu polecam trzymanie się oryginalnego przepisu (ostrzeżenie: tak, to będzie słone), jeśli chodzi natomiast o proporcje woda:mąka, to nawet Ambasada mówi, że ta ilość wody jest orientacyjna i ciężko jest podać dokładne ilości. Moje doświadczenie wskazuje, że ciasto na pierogi karelskie ma wtedy dobrą konsystencję, kiedy można z niego ulepić Muminka:
Muminek niestety długo nie pożył, bo zaraz potem go rozwałkowałam. Smutne.
Pierogi karelskie tym się różnią od naszych polskich, że robi się je z owalnych kawałków ciasta i nie zamyka się ich. Falbanka po prostu otacza farsz. No i ciasto jest dość chrupiące.
Tradycyjny farsz - ryż gotowany w mleku - jest niewegański i nawet zastanawiałam się ostatnio, czym go zastąpić. Dzisiaj problem rozwiązał się sam, bo już nie miałam ochoty na kotleta. Szczególnie nie miałam ochoty na kotleta na śniadanie. No i znowu nie miałam bułek.
Z jednego Muminka zrobiłam cztery pierogi. Przepis na stronie zakłada oczywiście dużo więcej (30), ale ja miałam tylko na tyle farsz. Zjadłam wszystkie, pisząc ten post, więc drugie zdjęcie to też już tylko wspomnienie.
Tak naprawdę prawdopodobnie niedługo pojawi się więcej moich kulinarnych przygód, bo wczoraj dostałam marchewki <3, a jeszcze dzisiaj zamierzam zrobić kolejną partię ciasteczek z owocami, które już do mnie jadą. Słodko!
Byłoby tylko dobrze wyzdrowieć kiedyś, bo jestem już zmęczona chorowaniem.
Z Doliny Muminków pozdrawia Luiza.
poniedziałek, 14 stycznia 2013
Fińska kawiarnia
Taki tam renifer skubiący trawę tuż przy drodze, turystyczne zdjęcie zrobione z samochodu.
Pierwszy raz byłam w Finlandii ponad półtora roku temu, w czerwcu 2011. Wybrałam się z moją mamą na road trip. W ciągu czterech dni przejechałyśmy z Siedlec do Inari (nocując kolejno w Suwałkach, Talinie oraz Oulu), tam spędziłyśmy chyba dwie lub trzy noce, następnie dwie noce w Helsinkach, potem nocowałyśmy chyba gdzieś na Łotwie i następnego dnia byłyśmy w Piasecznie. Dzień później wyjechałam do Zwardonia po raz pierwszy (o, znowu osobna historia).
Benzyna była najtańsza na Łotwie (albo w Estonii... ale chyba na Łotwie). Największą średnią prędkość i najmniejsze spalanie osiągnęłyśmy w Finlandii, co chyba nie dziwi. W Finlandii zobaczyłyśmy też cuda, jakich Polska nie zna i tam pomyślałam, że cywilizacja wcale nie musi być zła - wystarczy, że gęstość zaludnienia wynosi 16 osób/km², a lesistość - ok. 80% (w Polsce: 123,25 osób/km², 29,2%).
Poza tym, Finowie mają dużo naprawdę dziwnych zwyczajów. Nie przekraczają dozwolonej prędkości i nie kradną. Ludzie jadący 80 km/h na autostradzie i rowery stojące nieprzypięte do niczego. Kiedy pierwszy raz pojechałam do Pragi, straciłam telefon w ciągu kilku godzin.
No i te kawiarnie. Prawdopodobnie pierwsze słowo, którego nauczyłam się wówczas w Finlandii, to właśnie kahvila. Jak wygląda fińska kawiarnia? Albo raczej - jak wygląda kupowanie w fińskiej kawiarni?
Najpierw należy wziąć tackę, taką jak dają w fast foodach. First things first - zaczynamy od kawy. Kawa jest zawsze i wszędzie, kawa to podstawowe dobro Finów; kawa, Internet i Muminki są w Finlandii wszędzie. Kubek kawy kosztuje maksymalnie 2 euro, przeważnie mniej. Na ogół nalewa się ją z ekspresu, ale niestety czasami są automaty. Brr, automaty. Nie, nie, kawa z ekspresu ma być. Dla turystów i tych, którzy wypili już pięć kaw, choć jest dopiero południe, jest też herbata.
Kiedy już mamy to, co najważniejsze, musimy wziąć talerzyk i sztućce. Wybieramy spośród kanapek, przekąsek, ciast, ciastek, batoników i czekolad to, na co mamy ochotę. Przy tym wszystkim nie zastanawiamy się długo i nie robimy zamieszania. Przesuwamy się wzdłuż kontuaru płynnie i żwawo, żeby nie powstał zastój i omójborze! kolejka.
Kiedy na talerzykach na naszej tacce mamy już wszystko i nie zamawiamy czegoś szczególnie ciepłego: frytek lub reniferoburgerów; idziemy do kasy, mówimy "moi" i przekazujemy sympatycznej obsłudze pieniądze. Nie gadamy z nimi, o nic ich nie prosimy i nie zawracamy głowy. Nie chodzi o to, że wtedy przestaną być sympatyczni, a o to, że są zbyt uprzejmi i przyjaźni, żeby wypadało stwarzać im problem. Poza tym to może mój pech, ale młodzi ludzie jakoś rzadko tam mówili po angielsku.
Drugi i jak dotąd ostatni raz byłam w Finlandii we wrześniu 2011. Moja gospodyni zabrała mnie wtedy do tej kawiarni. Zakładka "Historiaa" zawiera tylko zdjęcie, więc nie mogłam się upewnić, ale według mojej hostki, ta kawiarnia została założona przez polską imigrantkę, stąd dość niezwykły jak na fińskie standardy wystrój - rzeczywiście, czułam się tam trochę jak w mieszkaniu mojej prababci przez te szklanki w tych wihajstrach, "koszyczkach" z uchwytami à la wczesny PRL. W tej kawiarni pojawił się dodatkowo stojący na środku stół uginający się pod ciężarem przeróżnych ciast, ale zasada ta sama, co w przydrożnych bistrach, hotelowych barach i kawiarniach w muzeach - tacka, talerzyki, kawa z ekspresu i sam sobie, kliencie, nakładaj, my tylko bierzemy pieniądze.
Ta specyficzna organizacja kawiarni, dla Polaka raczej egzotyczna, zainspirowała mnie do podjęcia drogi życiowej nieco innej niż ta związana z karierą striptizerki. A przypomniałam sobie o tym, wracając w czwartek do domu z estońskim cydrem w torebce - przeszłam obok butiku w tym dziwnym budynku, który być może był ładny, kiedy go wybudowano, a teraz jest obwieszony kablami. Pomyślałam sobie, że to za małe pomieszczenie, żeby urządzić tam taką kawiarnię, jakiej bym chciała, fińską kawiarnię, w której będę sobie stała przy kasie z zachęcającym, lecz nie nagabującym uśmiechem, a ludzie będą nieśmiało wybierać pieczone przeze mnie w nocy ciasta, zdezorientowani jak ci, którzy zamawiają kanapki w Subwayu po raz pierwszy.
Jeśli będziesz kiedyś przechodzić przy jakimś starym budynku usługowo-mieszkalnym i zobaczysz białą ścianę z jasną witryną, a na niej błękitny napis "Kawiarnia fińska", to znaczy, że zrealizowałam jedno z moich dzikich fantazji - więc zapraszam serdecznie do środka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







