Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Weganizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Weganizm. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 czerwca 2014

Chaotyczna kuchnia Luizy: Sojnik! + kremiczek

Tak, to jest najgłupsza nazwa, jaką mogłabym nadać ciastu, ale może kiedyś się z nią oswoją i przestanę ją tak odbierać. Ważne, że to odpowiednik "sernika" i zawiera w sobie podstawowy składnik ciasta. Tak, zrobiłam ciasto z soi i jestem z tego dumna.
Składniki użyte do ciasta są następujące (ilości orientacyjne):
450 g suchych nasion soi (po namoczeniu miały ponad kilogram),
300 g suchego maku (akurat tego po namoczeniu nie ważyłam),
szklanka płatków owsianych,
szklanka mąki kukurydzianej,
szklanka mąki pszennej,
szklanka cukru (użyłam trzcinowego) + jeszcze trochę,
szklanka pokrojonych w kawałeczki truskawek,
kilka łyżeczek agaru,
aromat waniliowy,
trudna do sprecyzowania ilość wody.

Wbrew pozorom składniki nie są trudne do zdobycia. Mąka kukurydziana jest w wielu normalnych sklepach, mak chyba też. Soję i suchy mak można kupić w siedleckim sklepie, o którym już pisałam, a w Warszawie w sklepach ze zdrową żywnością, ale jestem pewna, że wyjdzie niepotrzebnie drogo. Agaru nie spodziewałabym się tu nigdzie na wiosce, ale nawet nie szukałam, bo kupiłam go w Kuchniach Świata (dział dalekowschodni).
Pierwsza, oczywista rzecz: namoczyć soję i mak. Wystarczy parę godzin, dla szybszego efektu soję można zalać wrzątkiem. Nie wiem, czy z makiem tak można i nie próbowałam, bo nie spieszyło mi się za bardzo.
Po jakimś czasie można przystąpić do rzeczy i najlepiej zacząć od zmielenia płatków owsianych (na mąkę), następnie soi (na gładką pastę, z 1/4 szklanki cukru), następnie maku (z resztą cukru i aromatem). Kolejność jest o tyle ważna, że w ten sposób wystarczy raz umyć blender zamiast trzech. W przypadku soi konieczne będzie dodawanie wody, ale lepiej z tym nie przesadzić. Ma być gęste.
Zmielony mak mieszamy z jakimiś dwoma trzecimi soi i połową płatków. Resztę płatków i mąki wsypać do reszty soi.
Mieszać. Ciasto ma być miękkie i plastyczne, mak troszkę bardziej lejący się, ale wciąż gęsty.
W szklance wrzątku należy rozpuścić ok. 2 łyżeczek agaru i wlać to do soi z makiem. I jeszcze trochę pomieszać.
Pewnie przydałoby się mieć już nagrzany piekarnik w tym momencie. Ja się nie przejmowałam, bo piekłam w prodziżu (nikt nigdy nie mówi "prodiż"). W czymkolwiek można by to piec, to jest ten moment, kiedy wykłada się na spód ciasto, a na ciasto - mak. I niech się piecze.
W tym czasie dobrze jest zająć się truskawkami, umyć je i pokroić i takie tam. Kiedy są gotowe, włożyć je do miski, a miskę do garnka z wodą, a garnek na ogień. Muszą puścić trochę soku i być ciepłe. Kiedy już pływają, dosypać do nich mniej więcej łyżeczkę agaru. Kiedy ciasto będzie gotowe, wylać na wierzch i zostawić do ostygnięcia i stężenia.
Nie podałam żadnego czasu pieczenia i nie podam, bo nie mam pojęcia, ile to się piekło. Trzeba tylko zaopatrzyć się w patyczek do szaszłyka i dziubać, a najlepiej piec tak długo, aż mak na wierzchu zacznie się przypalać, bo będzie wiadomo, że dłużej już i tak nie można.

Kiedy ja zajmowałam się moim ciastem, mój brat i jego towarzyszka zrobili coś, co akurat wegańskie nie jest, ale jest ojejjakiesmaczne, jak dobrze, że składa się w większości z orzechów i nie mogę tego jeść, bo chyba bym pękła. Kremik orzechowo-kajmakowo-czekoladowy do smarowania kanapek/naleśników/czegokolwiek.
Chlip.

poniedziałek, 26 maja 2014

Chaotyczna kuchnia Luizy: Lody!

Ponieważ to drugi wpis pod rząd, a wcale nie ostatni, to ograniczę trochę pisanie o niczym.
Powiem tylko tyle, że pobliski supermarket zaskoczył mnie ostatnio dostępnością mleka sojowego, co znacznie ułatwia mi teraz życie. W innym sklepie, do którego poszłam po wodę różaną (której nie mieli), kupiłam to:
Wygląda pięknie i jest piękne. W założeniu było do lemoniady różanej, ale na dwa litry lemoniady poszły tylko dwie łyżeczki i teraz trzeba zrobić coś z resztą - i wcale nie jest mi z tego powodu źle. Ponieważ ostatnio, ze względu na pogodę, jem lody praktycznie codziennie, nie miałam problemu z decyzją, do czego jeszcze tej róży użyć.
Zrobiłam jedno opakowanie (jakieś 250 ml) lodów czekoladowych i jedno - różanych.
Jeśli chodzi o proporcje, to na te 250 ml mleka sojowego użyłam łyżeczki płatków róży i moim zdaniem wyszło bardzo dobrze. Na drugie 250 ml poszła łyżka (niezbyt czubata) kakao i trochę ksylitolu. Najlepiej, żeby nie było za słodko, ale kakao jest na tyle gorzkie, że w tej proporcji można sypnąć jakieś 2 łyżeczki.
Sekret tkwi w mieszaniu. Pomijając to, że trzeba pozostałe składniki rozpuścić w mleku, to jeszcze trzeba mieszać lody w trakcie zamarzania, żeby nie powstała z tego zbita bryła. Myślę, że co pół godziny warto te lody przemieszać, więc trzeba przygotować cały dzień. Chyba, że jest się gotowym na późniejsze skrobanie (i ma się twarde łyżki).
Ja musiałam skrobać tak czy inaczej, ale nie było tak źle. To chyba wina potężnego chłodzenia w mojej zamrażarce.
Trzeba jeść szybko, bo niestety nie trzymają zimna jakoś genialnie. Ale i tak warto! Wegańskie lody dostępne w różnych sklepach kosztują co najmniej 20 zł za 400 ml, więc ciężko byłoby to przebić.

Chaotyczna kuchnia Luizy: Falafel

Zaczęło się od tego, że poszłam do dietetyka.
Akurat trochę chudłam, ale chciałam bardziej, poza tym chciałam dostać jakąś zrównoważoną dietę wegańską, poza tym ciekawił mnie pomiar składu ciała.
Poszłam, zostałam zmierzona, dostałam dietę, a w niej, między innymi, przepis na falafel. Pomyślałam sobie, że spoko, kiedyś sobie zrobię falafel.
A zaraz w budynku obok znajdował się (mam nadzieję, że wciąż tam jest) sklep ze zdrową żywnością. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że mówię tu o Siedlcach, a tam (przynajmniej w mojej okolicy) był kiedyś, owszem, sklep ze zdrową żywnością, ale długo się nie uchował. Szkoda, bo przynajmniej miałam tofu zaraz pod domem.
To jednak nie jest normalny sklep ze zdrową żywnością. To jest w sporej mierze sklep z ciekawostkami kulinarnymi, nawet niekoniecznie egzotycznymi, tylko naszymi, polskimi. Na środku sklepu stało całe mnóstwo pudeł i worków, z których sprzedawczyni nabierała na wagę orzechy, owoce (suszone i liofilizowane), kasze, różne rodzaje ryżu (nawet czerwony!) i owoce roślin strączkowych, w tym soja i ciecierzyca. I właśnie te ostatnie kupiłam zaraz po wizycie u pani dietetyczki.
Ale jakoś niespecjalnie mi się chciało robić ten falafel. Raz, góra dwa, zrobiłam coś z tych roślinek, a tak tylko trzymałam je w słoju (wspólnym, bo stwierdziłam, że to, co można zrobić z ciecierzycy, powinno dać się zrobić z soi i vice versa).
Aż w końcu w czwartek czy piątek dostałam Przegląd piaseczyński, a tam - przepis na falafel! Ponoć prawdziwy, egipski. Uznałam to za znak od egipskich bogów i przystąpiłam do dzieła.
Chciałam zeskanować przepis, ale nie mogę go znaleźć, więc tylko go mniej więcej przytoczę. Do mniej więcej 12 kulek, które zrobiłam, potrzeba:
około 350 ml ciecierzycy (suchej) - nie podaję w gramach, bo to bez sensu, łatwiej zmierzyć objętość, chyba że ma się wagę kuchenną, ale mało kto to ma; ja użyłam mieszanki z soją i nie widzę problemu
nieduża cebula
dwa ząbki czosnku (lub 5 małych w moim wypadku)
dwa nieduże ziemniaki
przyprawy
i wsio.
Filozofii nie ma. Przez noc trzeba namoczyć nasionka w sporej misce ze sporą ilością wody.
 To już po namoczeniu. Soja to chyba to fasolkowate, a ciecierzyca wygląda jak duża kukurydza.
Jeśli chce się to zjeść z pitą, to należy zacząć od ciasta, żeby miało kiedy wyrosnąć. Nie podaję przepisu ani nic, bo moja pita nie wyszła. Chlip.
Falafel polecam zacząć od ugotowania ziemniaków. W tej kwestii chciałabym przekazać moje zdanie, że ziemniaki są dużo smaczniejsze, jeśli gotuje się je ze skórą, a jeśli są młode, to tę skórkę można spokojnie zjeść i ogólnie nie rozumiem obierania ziemniaków. Marnowanie jedzenia, ot co.
Kiedy ziemniaki się gotują, należy poszatkować cebulę i czosnek i wrzucić je razem z nasionami do blendera. Mój blender niestety kończy karierę, ale za pierwszym razem jeszcze mi się udało. Nie będzie problemu, jeśli doleje się trochę wody dla łatwiejszego mielenia. Byle nie za dużo. Potem pokroić ugotowane ziemniaki i dodać do zmielenia. Jeśli chodzi o przyprawy, to polecam pójście w klasykę: sól, pieprz, chili. Wymieszać, zrobić kuleczki i wyłożyć je na blachę lub coś innego płaskiego, i włożyć do lodówki na jakieś pół godziny.
Nie wiem, co to daje, bo nie ominęłam tego punktu.
Kiedy kotleciki się chłodzą, można zająć się pitą, czyli uformować placki i włożyć je do pieczenia.
Po tej połowie godziny można rozgrzać olej na patelni - musi być go sporo, to jedyny mankament falafela. Jeśli ktoś chce spróbować to upiec, to może warto spróbować, tylko trzeba uzbroić się w czas i cierpliwość, bo moje strasznie długo dochodziły, a i tak w końcu rzuciłam je na patelnię.
Mogę też powiedzieć, z czego zrobiłam sos: 4 pomidorki koktajlowe, 4 marynowane papryczki chili, ocet, cukier, kurkuma. Zmielone i tyle - sos wyszedł dość płynny.
Podałam to klasycznie z kapustą, ale nie mam zdjęcia, bo byłam strasznie głodna i od razu rzuciłam się do jedzenia.
Polecam. Niezbyt czasochłonne, bardzo niewymagające inteligencji i własnej inwencji.
Smacznego!

czwartek, 26 września 2013

Chaotyczna kuchnia Luizy i Piotra: sezon dyniowy

Skoczyłam wczoraj z Piotrusiem do Auchan, kupić na obiad coś niezielonego, bo w domu miałam tylko cykorię, jarmuż i brokuła. I papryczki peperoni. Trafiliśmy na dynie. Kupiliśmy najmniejszą - ważyła jedyne 2,5 kg. Do tego marchewki i automatycznie nasunął nam się pomysł, co można z tym zrobić...
Ja zajęłam się obiadem, więc było to mocno improwizowane. Marchewki i brokuły poszły na parę, bo takie są najsmaczniejsze.
Za to środki z dyni, czyli mnóstwo ziaren i trochę miąższu, poszły na patelnię razem z pokrojoną peperoni (sztuk 4), ugotowanymi jarmużem i cykorią oraz kukurydzą. Na zdjęciu nie widać ostatniego składnika, czyli mozzarelli. Ja użyłam wegańskiej, która śmierdzi capem nawet bardziej niż prawdziwa i po podgrzaniu jest bardziej glutowata niż ciągnąca.
Wyszedł z tego bardzo smaczny i pożywny obiadek. Najedliśmy się na tydzień.
W zaistniałej sytuacji zostaliśmy z dalszym ~kilogramem dyni oraz ze sporą ilością marchwi. No, czytelniku, już wiesz, do czego to dąży...
Dąży to do niechlubnego momentu w historii Chaotycznej kuchni Luizy, czyli pierwszego niewegańskiego przepisu. Niestety, to musiało wydarzyć się prędzej czy później, bo nie jestem weganką już od jakiegoś czasu, ale wciąż głupio mi, że do tego doszło. Musimy przebrnąć przez to dzielnie, więc zapnijcie pasy i przygotujcie się na...
OMG, jajka! I to aż 6! Do jajek należy dodać jakąś szklankę cukru. Ja i Piotr przeoczyliśmy ten fakt i dodaliśmy cukier do składników suchych. Przegraliśmy. Do jajek poszła tylko odrobina cukru zamiast jakiejś szklanki czy półtora. Nietrudno się domyślić, że jaja trzeba zetrzeć na pianę. Następnie, cały czas miksując, należy dodać około 1,2*szklanka oleju.
W oddzielnej misce wymieszaliśmy składniki suche. Jeśli dobrze pamiętam, znalazło się tam:
  • dwie szklanki mąki (w tym przypadku 1 szklanka mąki pszennej, 1/2 - żytniej i 1/2 - kukurydzianej, ale to wsio adno),
  • mniej więcej szklanka cukru (w tym przypadku brązowego + trochę pudru, bo nie mogliśmy znaleźć zwykłego), który nie powinien się tu znaleźć,
  • łyżeczka sody,
  • łyżeczka proszku do pieczenia,
  • trochę soli,
  • łyżeczka cynamonu,
  • łyżeczka kardamonu
i to chyba tyle. Składniki suche należy stopniowo dodawać do jajek, cały czas mieszając.
A potem najważniejsze.
Każemy naszemu niewolnikowi zetrzeć na tarce 2 wielkie marchewy i pół dyni. Następnie przecier dodajemy do reszty składników i przelewamy całość na blaszkę.
W tym momencie zdajemy sobie sprawę z tego, że piekarnik trzeba było włączyć wcześniej, żeby się nagrzał. Przegraliśmy. Ciasto niech trochę poczeka.
Ciężko stwierdzić, jak długo ciasto się piekło. Pewnie z godzinę w temperaturze 160 stopni. 
Po upieczeniu nasze ciasto wyglądało tak:
Może właściwie powinnam to przemilczeć, ale pod spodem było niemal płynne, więc po ukrojeniu i zjedzeniu dwóch kawałków, wsadziliśmy je (ciasto, nie kawałki) z powrotem do piekarnika na pół godziny, a potem poszliśmy spać.
Rano naszym oczom ukazał się piękny, smaczny zakalec.
Prawdopodobnie ciasto należy umieścić w płaskiej blasze, wtedy raczej lepiej się upiecze. I ja dałabym wyższą temperaturę, jakieś 180. Ale może można się nie przejmować, bo i tak wychodzi pyszne.
Tak więc smacznego Halloween!
Z dyniowo-marchewkowej kuchni pozdrawiają Luiza i Pejta.

środa, 4 września 2013

Anbeliwabl

Luiza poszła na siłownię.
Miałam dość siedzenia i nicnierobienia, szczególnie, że obudziłam się dzisiaj o godzinie 15 i nawet czułam się z tym nieźle (a poszłam spać jakoś koło północy, bo ja nie mam w zwyczaju siedzieć do późna). Na ogół nadmiar snu mi nie służy, ale ostatnio odkryłam, że jeśli mam ciekawy/przyjemny sen i się obudzę, to po ponownym położeniu się, mogę swobodnie ten sen kontynuować. Poza tym dzisiaj rano rozmawiałam z trzema osobami (w tym dwoma przez telefon, a bratu nawet sama podałam klucz z mojej torebki), ale o 15 kompletnie tego nie pamiętałam. Jedyne, co skłoniło mnie do wstania o tej 15, to świadomość, że moja mama miała przyjechać w ciągu godziny i pewnie nakrzyczałaby na mnie, gdyby zobaczyła, że wciąż śpię (chlip).
Wczoraj wieczorem znalazłam cennik pobliskiej siłowni i postanowiłam, że się tam wybiorę, bo zachęciło mnie siedleckie 20 zł za wstęp (dwa razy taniej niż w piaseczyńskim Tuanie, który ostatnio intensywnie się reklamuje). Przybyłam, zobaczyłam, zdecydowałam. Postanowiłam chodzić na siłownię regularnie, ale w godzinach raczej porannych (przynajmniej póki mam wakacje). Liczę na to, że będzie wtedy mniej ludzi. Poza tym - sauna!
Problem z siłownią jak dla mnie jest taki, że dość szybko nudzą mi się poszczególne sprzęty. Następnym razem zabiorę gazetę do czytania na bieżni. Szkoda, że nie na wszystkich sprzętach da się wygodnie czytać, bo trzeba ruszać tułowiem.
Potem będę miała tygodniową przerwę od siłowni, ale nie od ćwiczenia, bo wyjeżdżam z Piotrem w góry. Yay, góry.
W każdym razie, me so excited, bo niewykluczone, że dzięki siłowni pozbędę się wreszcie bólów kręgosłupa, które wcześniej mi dokuczały, bo się nie ruszałam, a kiedy bolały mnie plecy, to nie ruszałam się tym bardziej, bo wychodziłam z założenia, że jak będę leżeć, to przejdzie. Okazało się, że to trochę nie tak działa, kiedy w akcie ostatecznej desperacji znalazłam sobie ćwiczenia na kręgosłup, które całkiem niespodziewanie mi pomogły. Poza tym zacznę się chociaż trochę ruszać, co na pewno wyjdzie mi na zdrowie, a na dokładkę może nawet zrzucę parę kilogramów, które uczepiły się mnie, od kiedy rzuciłam weganizm i nieszczególnie chcą spadać, szczególnie, że nie trzymam się diety.
A z moją wagą to całkiem zabawna sprawa. Jakiś czas temu, w sumie na początku wakacji, spotkałam się z Agnieszką na girls' talk i zeszło na wagę. Wspomniałam, że moja waga maksymalna, przy której definitywnie zaczynam się odchudzać, to 56 kg, ale tak dawno się nie ważyłam, że pewnie już tę magiczną granicę przekroczyłam. Wróciłam do domu i z ciekawości weszłam na wagę, a tam... dum dum dumm! 58 kg! Oszukańcze BMI twierdzi, że to idealna masa, ale ja jestem jednak raczej lekka z natury, więc moja masa idealna to maksymalnie 52 kg.
Kurczę, jak tak o tym myślę, to stwierdzam, że definitywnie muszę wrócić do weganizmu, ale ciężko być weganką, kiedy się siedzi u rodziców. Piaseczno jest pełne sklepów ze zdrową żywnością, a w Siedlcach nawet nie da się kupić tofu, od kiedy padła żywność ekologiczna za rogiem. Trzeba będzie się zadowolić samymi warzywami. Ale skoro mam tyle wolnego czasu, to mogę jutro ugotować obiad, którego nie zje nikt oprócz mnie, bo nie będzie w nim mięsa. Rodzice będą ze mnie dumni. Nie z powodu weganizmu, oczywiście, tylko ze względu na moją niezwykłą aktywność.
Tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy wpis i zabieram się za zaniedbane ostatnio Luizopko. Stand by!

sobota, 2 marca 2013

Chaotyczna kuchnia Luizy: Zielony koktajl

Niektórzy dziwią się, jak można żyć bez produktów zwierzęcych. Nietrudno jest na ogół zaakceptować niejedzenie mięsa, natomiast rezygnacja nawet z czegoś tak oczywistego i powszechnego jak nabiał zazwyczaj wydaje się już za dużym hardkorem.
Są jednak takie diety jak frutarianizm czy freeganizm, przy których weganizm jest niczym jedzenie w McDonald's. Chociaż popieram te sposoby żywienia, nie zagłębiam się aż tak w czeluści etycznego / zdrowego / antysystemowego / naturalnego stylu życia. Zdarza mi się jednak korzystać z przepisów witariańskich, które dotarły do mnie za sprawą tej książki:
Kupiłam ją, bo akurat miałam ochotę zdrowo się odżywiać, szczególnie że było lato. 200 przepisów to właściwie nie tak dużo, bo też nie wszystkie są dla każdego. Ale dzięki przeczytaniu tej książki zrozumiałam ogólną ideę zielonych koktajli i odczułam motywację do spróbowania czegoś takiego.
Mam jedno drobne zastrzeżenie co do "naturalności" zielonych koktajli. Rzecz w tym, że autorka książki zachęca do korzystania z 1000-watowych blenderów. Czy to ze mną jest coś nie tak, czy naprawdę dziwnie jest nazywać "naturalną" potrawę robioną przy użyciu maszyny o takiej mocy? W każdym razie mój blender ma jakieś 500 watów i nie mam z tym problemu, póki nie próbuję mielić pestki awokado. Ale ja ogólnie nie lubię awokado. No, ale nieważne. Grunt, że jest zielono, no i surowo, czyli witariańsko.
Z początku korzystałam z przepisów z książki, ale w końcu stwierdziłam, że lepiej pójść do sklepu na spontana i kupić jakąś ładnie wyglądającą zieleninę. Ja do tej pory trzymałam się jarmużu, ale ostatnio w sklepie nie było, więc zadowoliłam się tym, co było. Ale po kolei.
Zaczęłam od szpinaku.
Ponieważ mrożony szpinak jest w takich śmiesznych kawałkach, które nie są za fajne, kiedy się pije, postanowiłam na samym początku zmielić go na drobno. Żeby dało się mielić, trzeba oczywiście dodać wody, która w tym przypadku również rozmraża szpinak na tyle, że mój blenderek może to bez problemu zmielić, ale też dobrze, że jeszcze jest sztywne, bo ostrza to dobrze tną, zamiast tylko mieszać.
Na drugim miejscu znalazła się sałata.
Sałata rzymska ma takie zabawne długie liście. Te liście trzeba pokroić, niespecjalnie drobno, i wrzucić do szpinaku, a następnie razem to zmielić. Blendery na ogół tak mają, że nie powinny za długo pracować bez przerwy, bo to dla nich niezdrowe (jak dla każdego), ale dobrze jest mielić przez jakąś minutę, dla lepszej konsystencji.
Aha, z blenderem najlepiej jest się bawić, kiedy nikogo nie ma w domu, bo nie wszyscy dobrze znoszą ten hałas przez kilka minut z przerwami.
W każdym razie, po sałacie nadchodzi pora na moje ulubione warzywo:
Brokuły są smaczne i zdrowe, a poza tym oryginalne, bo na ogół nie je się kwiatków. Trzeba brokuły jeść, bo zawierają substancje przeciwrakowe, dużo witaminki C, luteinę i inne sympatyczne składniki.
Różę można kroić niezbyt drobno, ale łodygę radzę dobrze potraktować nożem (chyba że ma się mocny blender), bo twarde to jednak. Po podzieleniu brokuła na kawałki wrzucamy go do blendera i znowu mielimy całość przez minutkę. Albo trochę więcej.
W międzyczasie uświadamiamy sobie, że nie przełkniemy czegoś aż tak warzywnego i wrzucamy pokrojoną pomarańczę.
Poza tym trzeba dolewać trochę wody, ale lepiej tylko na tyle, żeby się swobodnie kręciło. Moim zdaniem lepiej przechowywać to w formie gęstej i dopiero do picia rozrabiać wodą, ze względów chyba oczywistych.
 Jeśli nigdy nie próbowałeś takich czarów, a nabrałeś apetytu, radzę do pierwszych jednak wrzucać więcej owoców, żeby było słodko, ale niech Cię Bór broni przed dodaniem cukru. Cukier jest be, a koktajl ma być zdrowy przecież.
Tym się można nieźle najeść. Wzięłam ostatnio do szkoły butelkę koktajlu zamiast wody i nie byłam głodna w ogóle, nawet oddałam moją kanapkę (a to już coś).
Jeśli chodzi o jakieś proporcje czy coś, to znalazły się tutaj cztery kawałki mrożonego szpinaku, trzy liście sałaty, jedna trzecia brokuła i dwie nieduże pomarańcze. Moim zdaniem smakowało raczej brokułowo, a Marta twierdziła, że szpinakowo. W każdym razie sałaty można było śmiało dać więcej.
Fotorelacja jest z poniedziałku, ale nie miałam jakoś ostatnio czasu i ochoty nic pisać, bo od środy umieram z bólu kręgosłupa, za to teraz już staram się wrócić do świata żywych. Nawet pójdę dziś wieczorem do teatru, żeby nie czytać "Tanga" do matury.
Życzę smacznych koktajli! ;)

sobota, 23 lutego 2013

Chaotyczna kuchnia Luizy: Norweskie sucharki


Z Norwegii wróciłam z dużym bagażem doświadczeń. W ciągu tego wrześniowego tygodnia przekonałam się, że morze jest fajne, zobaczyłam jak wyglądają szczypce kraba oddzielone od kraba, nauczyłam się tańczyć do Gangnam Style oraz w którą stronę przewozi się alkohol między Polską a Norwegią. Poza tym przekonałam się, że nie jest mitem informacja, że największe biusty w Europie mają Finki, a także, że IB wypiera ludziom mózgi. Upewniłam się w przekonaniu, że można prowadzić kuchnię dla jednej osoby z jednym garnkiem i jedną łyżką (i niczym więcej, jeśli chodzi o naczynia i sztućce). Poznałam też ciekawy rodzaj supermało pracochłonnych (Marto, coś dla Ciebie) sucharków. Z Finlandii rok wcześniej przyjechałam z paczką sucharków (Väinämöisen PalttoonNapit, polecam), z Norwegii suchary przywiozłam w pamięci.
Przepis na te sucharki krążył wśród Norwegów i znają go tam właściwie wszyscy. Ja nigdy nie słyszałam o czymś takim, póki nie zobaczyłam ich u mojej hostki Eline. Może czas rozpowszechnić je trochę, bo to danie uberłatwe i uberzdrowe. Składają się z ziaren i otrębów zbożowych oraz odrobiny soli, więc są też całkiem smaczne. Jak to przekąska.
W każdym razie, dzisiaj Luiz postanowiła zostać gryzoniem i zrobiła te sucharki, zapraszam więc do nowej nordyckiej przygody kulinarnej.
Skład sucharków jest następujący:
2dl grov rug
2dl havregryn
2dl havrekli
2dl sesamfrø
1dl linfrø
1dl kruskakli
2ts salt
7dl vann
Mnie nie udało się kupić dwóch pierwszych składników i zastąpiłam je odpowiadającymi płatkami. Tak to wyglądało razem:
Nieoceniona była pomoc mojego brata, który przytrzymał miskę, żebym mogła zrobić zdjęcie pokazujące mniej więcej różnorodność składników:
W tle nasz piękny kuchenny kalendarz Playboy.
Gdybym obróciła kamerę o kilka stopni w prawo, byłoby widać
ogromne cycki modelki, na szczęście oszczędzimy sobie tego widoku.

Potem tylko dodać wodę i wymieszać, a następnie wyrzucić na blachę. Warstwa powinna być cienka, ale trzeba uważać, żeby nie pozostawić dziur. Kiedy uda nam się rozłożyć naszą pacię równomiernie, psujemy to, dzieląc ją od razu na kawałki odpowiedniej dla nas wielkości.
Po upieczeniu sucharki są niepodzielne inaczej niż przez gryzienie lub łamanie. Krojenie absolutnie nie wchodzi w grę, więc pożądaną wielkość trzeba im nadać przed włożeniem do piekarnika.
Piecze się to teoretycznie przez 45 minut w temperaturze 150°C. Eline radzi od siebie zapomnieć o czasie i po prostu regularnie sprawdzać ich stan, a ja - podkręcić temperaturę. Świeże doświadczenie mówi także, że termoobieg w tym wypadku za bardzo nie pomoże. Może się przydać obrócenie ich, kiedy zesztywnieją na zewnątrz, ale od spodu będą wciąż wilgotne. Eline tego nie robiła, ja musiałam.
A oto gotowe sucharki, voila:

No dobra, a teraz składniki po naszemu:
2dl żyta
2dl owsa
2dl otrębów owsianych
2dl sezamu
1dl siemienia lnianego
1dl otrębów pszennych
2ts soli
7dl wody
Smacznego.

Z mysiej norki pozdrawia Luiza.

czwartek, 21 lutego 2013

Chaotyczna i ekspresowa kuchnia Marty: Zupa paprykowa

Marta ugotowała dla mnie zupę i nawet dała przepis, więc niewykluczone, że będę miała co sobie gotować.


Zupa jest czerwona i ostra niczym najgłębszy krąg piekieł, czyli dokładnie taka jak lubię. Nie będę udawać, nie je się jej najłatwiej, chociaż jest pyszna, ale dzisiaj już przyszło mi to lżej niż wczoraj, więc pewnie zdążę się przyzwyczaić, zanim zjem cały garnek.
Z kwestii kulinarnych oprócz tej zupy mam jeszcze jedną informację: pamiętaj, drogi czytelniku. Zawsze, zanim dodasz do mieszanki kolejny składnik, najpierw sprawdź, czy ten składnik wciąż nadaje się do zjedzenia. Może się okazać, że zmarnujesz całą miskę mąki, bo beztrosko dodasz otrębów żytnich i wtedy okaże się, że te otręby dawno przestały być dobre, chociaż termin przydatności do spożycia upłynie dopiero w lipcu.

A poza tym dziwnie mi się ostatnio żyje. Lubię zimę, nawet bardzo. Zima jest ładna i przyjemna i dużo z nią zabawy. Zimą można nosić ładne rękawiczki. Zimą marzną uszy, nosy i policzki. Zimą grzeje się łapki kubkiem termicznym i nosi wygodne swetry.
Mimo wszystko, ostatnio już nie ucieszyłam się, widząc, że pada śnieg. Pewnie to przez chorobę, której wciąż nie mogę się pozbyć, ale trochę chciałabym, żeby już nadeszła wiosna. Jakoś podświadomie liczę na to, że wiosna przyniesie zmianę i będzie to zmiana o tyle wygodna, że nadejdzie sama i ja nic nie muszę robić, żeby nadeszła. Na moją wiosnę niech pracuje wszechświat.
Od jakiegoś czasu każdej zimy nadchodził taki moment, że już tylko czekałam na wiosnę. Czasami, jeśli zbyt długo jesteśmy skazani na czyjeś towarzystwo, nawet jeśli lubimy tę osobę, w pewnym momencie mamy jej już dosyć. Ja tak miałam właśnie z zimą. Kocham ją, ale zawsze męczy mnie jej długie trwanie. Na przełomie lutego i marca zazwyczaj już tęsknię do wiosny. Jeszcze do tego przełomu trochę brakuje, ale ja już zaczynam o wiośnie myśleć.
Ale co fajnego jest w wiośnie? Pyłki latają, śnieg się topi i wychodzą spod niego psie kupy, pojawiają się owady i zmienia się rozkład jazdy pociągów.
Ja chyba nie chcę wiosny, tylko tej zmiany. Póki co nie umiem jakoś się zmusić do sensownego działania. Od czasu do czasu pouczę się i zrobię jakieś zadania, ale szybko to porzucam i zajmuję się mało produktywnymi czynnościami. I nic nie daje mi poczucia zmiany, żadna zamiana szczegółów jak przestawienie mebli, pomalowanie włosów czy nowy telefon. Borze zielony, niech już będzie maj i niech już będzie po maturze. Niech nawet te dzieciaki na placu zabaw pod moim oknem wrzeszczą, byle niech zakwitnie lilak i konwalia i niech całe miasto nimi pachnie.
Ale na razie jest zima i tak też jest dobrze. Jeziorka pięknie wygląda - ostatnio, kiedy byłam nad rzeką, zobaczyłam kąpiącą się sójkę na drugim brzegu i aż żałowałam, że nie miałam aparatu. Herbatę najprzyjemniej się pije, gdy jest zimno. Mróz rysuje na szybach w pociągach i autobusach. I można zwinąć się na siedzeniu w Ikarusie, tym ustawionym bokiem. Więc niech będzie zima. A po zimie od razu maj.

niedziela, 17 lutego 2013

Chaotyczna kuchnia Luizy: Karjalanpiirakat

Nie chcę, żeby stało się monotematycznie, dlatego przez najbliższy tydzień nie będę nic jadła, żeby nie mieć więcej okazji do publikowania Chaotycznej kuchni Luizy. Na razie jednak wykorzystałam to, co mi zostało z quinoaburgerów i przygotowałam wegańską wersję pierogów karelskich.
Korzystam z przepisu opublikowanego na oficjalnej stronie Ambasady Finlandii w Warszawie, którego źródłem jest "prawdziwa fińska babcia". Zdaje się, że Ambasadzie można ufać.
Ciasto na pierogi karelskie jest niesamowicie łatwe do zrobienia. Trochę wody, trochę soli, trochę mąki żytniej. Pszennej używam tylko podczas wałkowania. Wiem, że "trochę" to mało precyzyjne określenie. Ilość soli zależy od ilości mąki i wody, więc tu polecam trzymanie się oryginalnego przepisu (ostrzeżenie: tak, to będzie słone), jeśli chodzi natomiast o proporcje woda:mąka, to nawet Ambasada mówi, że ta ilość wody jest orientacyjna i ciężko jest podać dokładne ilości. Moje doświadczenie wskazuje, że ciasto na pierogi karelskie ma wtedy dobrą konsystencję, kiedy można z niego ulepić Muminka:
Muminek niestety długo nie pożył, bo zaraz potem go rozwałkowałam. Smutne.
Pierogi karelskie tym się różnią od naszych polskich, że robi się je z owalnych kawałków ciasta i nie zamyka się ich. Falbanka po prostu otacza farsz. No i ciasto jest dość chrupiące.
Tradycyjny farsz - ryż gotowany w mleku - jest niewegański i nawet zastanawiałam się ostatnio, czym go zastąpić. Dzisiaj problem rozwiązał się sam, bo już nie miałam ochoty na kotleta. Szczególnie nie miałam ochoty na kotleta na śniadanie. No i znowu nie miałam bułek.
Z jednego Muminka zrobiłam cztery pierogi. Przepis na stronie zakłada oczywiście dużo więcej (30), ale ja miałam tylko na tyle farsz. Zjadłam wszystkie, pisząc ten post, więc drugie zdjęcie to też już tylko wspomnienie.
Tak naprawdę prawdopodobnie niedługo pojawi się więcej moich kulinarnych przygód, bo wczoraj dostałam marchewki <3, a jeszcze dzisiaj zamierzam zrobić kolejną partię ciasteczek z owocami, które już do mnie jadą. Słodko!
Byłoby tylko dobrze wyzdrowieć kiedyś, bo jestem już zmęczona chorowaniem.

Z Doliny Muminków pozdrawia Luiza.

piątek, 15 lutego 2013

Chaotyczna kuchnia Luizy: Quinoaburger

Oto i zapowiedziany pierwszy wpis kulinarny. Gotowałam to ja, więc jest quinoa i są mrożone warzywa oraz oliwki, czyli wszystko, na czym opiera się moja dieta. Miałam ochotę na niezdrowe jedzenie, dlatego patelnia poszła w ruch.
Moje czynności kuchenne rządzą się kilkoma podstawowymi zasadami.
Po pierwsze, nieważne co robię, zawsze powstaje okropny bałagan. Staram się nad tym panować i redukować ten czynnik. Wydaje mi się, że radzę sobie nie najgorzej.
Po drugie, nie kontroluję ilości. Zawsze czegoś jest za dużo lub za mało. To kwestia ostrożności i doświadczenia i wydaje mi się, że stopniowo dążę do harmonii w ilościach, bo coraz lepiej wiem, co dale jaki efekt.
Po drugie i pół, nie ogarniam przypraw. Zazwyczaj jem na ostro, więc sypię przyprawy bez opamiętania, ale problem pojawia się wtedy, kiedy używam imbiru, kardamonu czy kurkumy. Z drugiej strony, często zapominam w ogóle o przyprawach. Bardzo rzadko dodaję sól i często też olewam wszystko inne, na przykład dzisiaj. Posoliłam tylko wodę do soczewicy, bo tak kazali na opakowaniu.
Po trzecie, to samo danie nie wychodzi dwa razy tak samo, chyba że robiłam je już tyle razy, że już mi się to ustabilizowało.
Po czwarte, nic nie wychodzi, jeśli gotuję dla kogoś innego. Jeszcze nie było tak, żeby smakowało mi danie zrobione z myślą o innych osobach. Jeśli gotuję sama dla siebie, to zazwyczaj jestem zadowolona.

To chyba tyle. Mogę już przejść do quinoaburgera. Burgery ogólnie są chyba dość proste i niewymagające, dlatego udało mi się nie zepsuć mojego.
Najważniejszym elementem burgera jest, zdaje się, kotlet. Moje kotleciki zrobiłam z komosy z dodatkiem soczewicy, płatków owsianych oraz papryki konserwowej, czyli tego, co było w domu (jestem chora i spłukana, kupienie czegokolwiek nie wchodziło w grę). Ugotowaną quinoę pokazałam już w poprzednim wpisie, śmieszne kuleczki z ogonkami. Soczewicę oczywiście również ugotowałam, ale oprócz tego zmieliłam ją w blenderze (z wodą). Płatki owsiane też zmieliłam (na sucho), paprykę tylko podzieliłam na małe kawałeczki, bo nie chciało mi się trzeci raz czyścić blendera. Wszystko razem wyglądało tak:
Na żywo jakoś bardziej apetycznie. Z tego łyżką uformowałam kotlety - na razie tylko dwa, ale wyszło mi tego na przynajmniej pięć z połowy filiżanki komosy (suchej), połowy filiżanki soczewicy (też suchej), połówki papryki i trudnej do sprecyzowania ilości płatków owsianych. Pewnie ze dwie garści. Refleksję mam taką, że powinna być wyższa zawartość procentowa soczewicy, która fajnie się ciapcia po zmieleniu i pewnie całość byłaby bardziej zwarta dzięki temu. Rzecz w tym, że z połowy filiżanki soczewicy robi się jakaś filiżanka soczewicy, a z połowy filiżanki komosy robią się jakieś dwie filiżanki.
Jak już wspomniałam, miało być niezdrowo, więc smażyłam te kotlety na oleju. Skwierczu, skwierczu.
W miarę smażenia kotlety robiły się coraz bardziej zwarte, co mnie naprawdę zaskoczyło. Spodziewałam się, że woda odparuje i wszystko się rozpadnie, a tu proszę. Zupełnie jakby było w tym jajko, tyle że nie było jajka. Vegan FTW! Nie wiem, co tu zadziałało, więc powiedzmy, że to był mój geniusz.
Ale hamburger nie składa się tylko z kotleta. Potrzeba też bułki, a ja nie miałam bułek w domu. Co się robi, kiedy chce się zjeść bułkę, a nie ma w domu bułek? Pewnie idzie się do sklepu po bułki, ewentualnie można też użyć dwóch kromek chleba, ale to trochę biednie wygląda. Nie, lepiej samemu zrobić bułki. Ojej, ale ja nie wiem, jak się robi bułki... Nieważne!
Robienie bułek wyglądało tak, że rozpuściłam drożdże w wodzie, wsypałam mąkę żytnią (lubię żytnie) i pszenną, zagniotłam, odstawiłam do wyrośnięcia, uformowałam bułki, wsadziłam do piekarnika, wyjęłam i zrobiłam zdjęcie. Oto zdjęcie bułki:
Ciasto się kleiło, więc bułka nie dała się jakoś ładnie uformować i też dlatego posypałam ją mąką. W sumie zrobiłam trzy bułki z paru garści mąki. Całkiem fajne bułki.
Nie chciało mi się kroić ogórka ani przygotowywać sałaty do tych quinoaburgerów, więc dla urozmaicenia smaku ugotowałam sobie Warzywa na patelnię. Na ogół gotuję je na parze, ale dzisiaj było leniwie i niezdrowo, więc gotowałam je w wodzie na patelni. Poza tym dorzuciłam do nich oliwki, bo lubię oliwki.
Burgery na ogół mają ser i tutaj wyłazi moja hipokryzja, bo mimo tego, że zjechałam soję oraz produkty wegańskie udające niewegańskie, trzymam w lodówce wegańską sojową mozzarellę. Kupuję ją, bo lubię pizzę i zamierzam zrobić sobie wegańską pizzę, a to jest taki niezwykły wegański ser, który się topi. Więc roztopiłam tę mozzarellę i wrzuciłam ją na mojego kotlecika. Całe danie przed zamknięciem bułki wyglądało tak, voila:
Prosto i smacznie. Nie powiem, że szybko, bo całość zajęła mi prawie dwie godziny, ale w sumie to byłoby żarcia dla całej rodziny na dwa dni, gdyby upiec sensowną ilość bułek i ugotować więcej warzyw. No i poszłoby szybciej, gdyby lepiej się zorganizować, ale to w końcu nie jest Zorganizowana kuchnia Luizy, tylko hurly-burly gdzie się da.

Z kuchni i fartuszka w truskawki pozdrawia Luiza.

Mania każdego weganina

Zasadniczo jestem weganką. Nie całkiem pamiętam od kiedy, ale nie tak dawno zdecydowałam się na porzucenie produktów zwierzęcych. Wcześniej przez kilka miesięcy unikałam tylko mięsa.
Zawsze miałam problemy z konsekwencją w postanowieniach. Jako wegetarianka i weganka od czasu do czasu jadłam mięso. Od jakiegoś czasu jednak nie mam ochoty na mięso ani nabiał i świetnie się czuję jedząc tylko rośliny. Co więcej, mój żołądek bardzo źle zniósł ostatnie porcje mięsa, które zjadłam i wiem, że źle zniósłby też kolejne.
Można mnie za to krytykować - rozumiem, ale staram się nigdy nie narzucać sobie ograniczeń. Jem to, co chcę jeść. Czasem moje przekonania nie działają tak silnie jak apetyt na kebab i nie mam przez to wyrzutów sumienia i nie żałuję, że czasem zjem kurczaka. Nie przystosowałam się jeszcze w pełni do jarskiego jedzenia, ale ważne, że coraz rzadziej w ogóle myślę o mięsie.

Do wegetarianizmu przekonał mnie dokładnie ten gif:
Bez krwi, połamanych nóżek, brudu i trupów. Tylko traktowanie żywych stworzeń jak przedmioty. I to jest dla mnie straszne. Rozumiem, że niektóre zwierzęta jedzą inne zwierzęta. Phi, nawet niektóre rośliny jedzą zwierzęta. Ale nie jestem w stanie zrozumieć i zaakceptować okrucieństwa, jakim jest hodowanie zwierząt w takich warunkach i takie traktowanie ich. Nienawidzę twierdzenia, że zwierzęta nie czują i nie myślą. Człowiek też jest zwierzęciem. To, że kurczak nie potrafi artykułować swoich myśli i ma prostszy mózg, to nie znaczy, że nie analizuje środowiska, w którym się znajduje i nie przetwarza informacji, które odbierają jego narządy zmysłów.
Do weganizmu przekonała mnie ta książka, chociaż wciąż nie skończyłam jej czytać:
W tym momencie docieram wreszcie do myśli, z którą zaczęłam pisać ten post.
Oczywiście, w rzeczywistości nie każdy weganin musi mieć taką manię. Ja do tej pory nie miałam. No to jaka właściwie jest ta "mania każdego weganina"?
Soja.
Kathy Freston wielbi soję, z tego co zauważyłam w książce "Weganizm". Czy to naprawdę jest weganizm, jeśli codziennie się je parówki sojowe, jogurt sojowy, bekon z tempehu albo tuńczyka z tempehu? OK, te potrawy nie zawierają produktów zwierzęcych, ale je udają. Zawierają wegańskie aromaty, które mają upodobnić je do mięsa czy nabiału. Na pewno lepsze to niż jeść mięso, jak ja to robiłam. Technicznie jest w porządku. Ale zapychanie się modyfikowaną genetycznie soją ze sztucznymi aromatami to moim zdaniem kiepski pomysł. Jeśli potrzebuje się mięsa i nie jest się w stanie żyć bez tuńczyka, to może lepiej jeść naturalnie? Kupować mięso od zaufanych rolników?
Albo sami się modyfikujcie genetycznie i przeprowadzajcie fotosyntezę. Albo wejdźcie w związek mutualistyczny z jakimś glonem, jak ten wspaniały ślimak z gatunku Elysia chlorotica:
Soja mnie nie kręci, jak można zauważyć, zafiksowałam się jednak na punkcie innej roślinki.
Panie i panowie, czcigodne damy i dostojni rycerze, oto przed wami komosa ryżowa, Chenopodium quinoa:
 A tak wyglądają nasiona po ugotowaniu; wypuszczają kiełki, co jest dość zabawne:
Quinoa zawiera wszystkie aminokwasy potrzebne do budowy białek zwierzęcych i to w ilościach sensownych, więc podział: pełnowartościowe białka zwierzęce i niepełnowartościowe białka roślinne przestaje być sensowny. Na dobrą sprawę komosa zawiera więcej pełnowartościowego białka niż niektóre mięsa. Zdecydowanie jest zdrowsza niż szpikowany hormonami kurczak.
Ja sama znalazłam dla komosy już trzy zastosowania w mojej kuchni. Po pierwsze, co dość oczywiste, sprawdza się jako zamiennik ryżu czy kasz. Po drugie, użyłam jej w ostatniej porcji ciasteczek. Do tego przygotowałam ją inaczej niż wcześniej, bo przed ugotowaniem wyprażyłam ją, dzięki czemu zyskała bardziej orzechowy smak (i aromat, co można było wyczuć w mieszkaniu, dopóki nie pojawił się dominujący zapach przypalonych ciastek). Po trzecie, zrobiłam z niej burgera. Jeszcze dzisiaj lub, jeśli nie uda mi się tego ogarnąć tak szybko, jutro pojawi się tutaj pierwszy wpis kulinarny, relacjonujący magiczny proces przygotowywania luizowego obiadu.