wtorek, 30 kwietnia 2013

Dr. Horrible

Najpierw było Supernatural i odcinek "The Girl with the Dungeons and Dragons Tattoo". Tytułową rolę Charlie grała w nim Felicia Day, niesamowicie słodka dziewczyna.
Charlie to geniusz i geek. Jak wiele epizodycznych bohaterów Supernatural, jest niesamowicie wyrazistą postacią i każdy odcinek z nią warto zobaczyć. No dobra, warto zobaczyć właściwie każdy odcinek Supernatural. Ale ja uwielbiam Charlie, dlatego po tym odcinku zgooglowałam Felicię Day i tak dowiedziałam się o Dr. Horrible's Sing-Along Blog. Nie rozumiem, czemu "Dr." pisze się z kropką, ale nie wnikam. Widocznie tak ma być.
Pierwszą piosenką z Dr. Horrible's Sing-Along Blog, jaką usłyszałam, było "I Cannot Believe My Eyes".
W roli głównej Neil Patrick Harris, a jako Penny występuje Felicia Day, więc to chyba oczywiste, że kto jeszcze nie widział, ten musi to obejrzeć.
AnyWho, "I Cannot Believe My Eyes" to niesamowita piosenka. Jednocześnie śpiewa zły do szpiku kości Dr. Horrible oraz urocza i dobra Penny. Ich teksty mówią o całkiem różnych poglądach na rzeczywistość. Zgorzkniały Dr. Horrible widzi, jak świat stacza się i staje się coraz gorszy. Czuje, że wzrasta w nim zło pod wpływem niesprawiedliwości, która go spotkała. Za to Penny jest szczęśliwa i ma wrażenie, że świat dąży do harmonii i w sercu każdego człowieka drzemie dobro.
I cannot believe my eyes
How the world's filled with filth and lies / How the world's finally growing wise
But it's plain to see / And it's plain to see
Evil inside of me / Rapture inside of me
Is on the rise.
Magia tej piosenki polega na tym, że nieszczęśliwa osoba będzie słuchała Doktora, a szczęśliwa - Penny. Oczywiście, można też słuchać bez utożsamiania się z którąkolwiek ze stron, ale raczej nie będzie tak, że jednocześnie pasują nam obie.
No, ale właśnie ja tak mam.
Z jednej strony widzę, że świat jest zły i niesprawiedliwy, a z drugiej chciałabym każdemu udowodnić, że jest inaczej. Jedyne, czego to dowodzi, że uogólnienia się nie sprawdzają. Nawet jeśli zdawałoby się, że wszystko idzie idealnie, to i tak mogą się zdarzyć jakieś trudności, a jeśli wszystko wydaje się beznadziejne, to i tak gdzieś się pali światełko, choćby na końcu długiego tunelu. Często jednak jest tak, że ludzie przyjmują konkretną postawę i nie akceptują tego, że mogłoby być inaczej, niż im się wydaje.
Stąd wynika tragedia. Dr. Horrible nie widzi, że zło nie jest jedyną drogą, a Penny nawet nie pomyślała, że ktoś teoretycznie dobry może mieć wielkie wady.
Z początku wydawał się głupawy, ale tak naprawdę jest słodki.
Ale ludzie mogą mieć trzy warstwy, powiedział Billy. Jak placek.
Na górze ciasto, pod spodem słodkie owoce, ale poniżej znowu jest warstwa twardego ciasta. Dziwne porównanie, ale właściwie słuszne. Pierwsze wrażenie często jest słuszne. Osoby, które wydają się nieprzyjemne mogą być milutkie w bezpośrednim kontakcie, ale kiedy poznamy ich bliżej, to pierwsze wrażenie jeszcze może się nam przypomnieć.
Ach, nie ma to jak nauka życia z Internetem.

Szaleństwo

Chyba każdemu zdarzają się czasem gorsze dni. Na pewno każdy ma prawo czasem mieć gorszy dzień.
Ja wczoraj dzisiaj gorszy dzień. Próbowałam go zacząć pozytywnie, ale szybko wyczerpały mi się baterie. Troszkę sprzątnęłam w pokoju, ale potem już tylko leżałam na łóżku i nie ruszałam się, dopóki nie dostałam uśmiechu z dostawą do domu.
Jeden z aspektów mojego życia, w które trudno mi uwierzyć, to moje życie towarzyskie. Sam fakt, że ono istnieje mnie zadziwia, bo to nie jest to, do czego przyzwyczaiło mnie na przykład gimnazjum.Teraz jednak okazuje się, że mam przyjaciół i że może być miło i przyjemnie, niezależnie od ogólnej sytuacji życiowej. Niemal zawsze jest ktoś, u kogo mogę złożyć zamówienie i jeszcze tego samego dnia dostanę od nich porcję radości.
Kiedy mam gorsze dni, zdarza mi się szaleć. Moje postępowanie jest niezgodne z zasadami logiki. Czy jakimikolwiek innymi zasadami. Po prostu szaleję, odbija mi i robię bardzo złe rzeczy.
Nie wszystko da się odkręcić, ale to chyba dobrze. Gorsze momenty też czegoś nas uczą i do czegoś prowadzą. W tym właśnie sprawdza się dziwaczne powiedzenie "co cię nie zabije, to cię wzmocni."
Cokolwiek przyszłość przyniesie, to będzie dobre - oto ostateczny optymizm Luizy S. Najpiękniejsze jest to, że to prawda.
Więc trzymajmy się. Wszystko będzie dobrze.

piątek, 26 kwietnia 2013

Soundtrack na dziś

Moje ostatnie zakończenie roku szkolnego. Oh, yeah. Z okazji dobrego humoru w ten piękny poranek, podzielę się bardzo przyjemnymi utworami, od których ja też dzień zaczęłam:
Detroit Metal City - Satsugai
Queens of the Stone Age - Feel Good Hit of the Summer
MSI - Witness
Turmion Kätilöt - Minä Määrään (to dobry moment, by cieszyć się finska klawiaturą w telefonie)*
Rabbit Junk - Demons
Rammstein - Pussy

A teraz wskakuje na rower i jadę do szkoły. Rower Power!

*Edit, tym razem na komputerze: Szkoda tylko, że bez sporej części polskiego słownika, jak większość telefonów zresztą.

The Doctor

No nie, bo zaraz i ja się wciągnę.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Proszę nie zrywać stokrotek

W życiu chodzi o to, żeby zachwycać się kwiatami.


Stokrotką.

Powojem.

Lilakiem.

Konwalią.

Jabłonią.

Szypszyną.

Kasztanowcem.

Truskawką.

Wiśnią.

Mniszkiem.

Mleczem.

Rumiankiem.

Chabrem.

Grzybieniem.

Kokoryczką.

Fiołkiem.

Magnolią.

Lilią.

Niezapominajką.

Jaskrem.

Choćby i barszczem Sosnowskiego, byle z daleka.

Oraz, specjalnie dla Napiora:
Kaktusem.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Wartość pracy

Bezpośrednią inspiracją przemyśleń jest dyskusja z facebooka. Bez zgody uczestników (a czat nie chce mi się uaktywnić) nie będę wrzucać screenu, więc opowiem, o co chodzi:
Dziewczyna robi zdjęcia. Stara się, ma swój specjalny fotograficzny profil na facebooku, jej zdjęcia można było oglądać w Galerii w drodze. Dzisiaj pochwaliła się na facebooku nadchodzącymi sesjami i powiedziano jej, że sesje to nic, a inni ludzie nic nie dostają za katorżniczą pracę.
No kurczę. Nie rozumiem, jak tak można?
Ludzie, którzy są zmuszeni do pracy po 16 godzin w chińskich szwalniach, są niewątpliwie pokrzywdzeni. Przez swój los, przez system, przez NAS, KTÓRZY KUPUJEMY NIEETYCZNIE PRODUKOWANE PRZEDMIOTY. Należy, oczywiście, próbować coś z tym zrobić, ale nie ukrywajmy - w naszym systemie liczą się masy i giganci, nie jednostki.
Czy mam się czuć winna przez to, że żyję w dobrych warunkach i nie muszę ciężko pracować, żeby zarobić na miskę ryżu dziennie? Serio? Czy jedyne, co mogę zrobić, by nie uważano mojego życia za przecenione i moich potrzeb za wygórowane, to zacząć zbierać bawełnę w Burkina Faso? Jeśli tak uważasz, to dlaczego, do cholery, czytasz to na moim blogu, zamiast szyć w tym momencie buty dla Nike?
Nie rozumiem ludzi, którzy uważają, że jeśli wykonuje się przyjemną pracę, to nie zasługuje się na docenienie. Nie, nie możesz wykonywać zawodu, który lubisz. Nie możesz rozwijać swojego hobby, bo jeszcze okaże się, że masz talent, ktoś Cię zauważy i zaczniesz zarabiać na czymś fajnym! Przecież nie można być zadowolonym z życia.
Serio, mam wrażenie, że bycie szczęśliwym jest po prostu niechciane. Trzeba mówić o tym, jakim się jest nieszczęśliwym i pokrzywdzonym, bo inaczej nikt nie będzie chciał słuchać, bo kiedy ludzie czują się źle, chcą się dowiedzieć, że komuś innemu też się nie powodzi. Wtedy można się połączyć w cierpieniu i poczuć zrozumianym przez moment.
Oczywiście, o cierpieniu trzeba mówić w jakiś pociągający sposób, bo inaczej to będzie nudne. Nie mogłabym zrobić wpisu o tym, z czym mi jest źle w życiu. Musiałabym o tym zrobić zabawny komiks, ale żeby zrobić zabawny komiks, musiałabym właściwie czuć się dobrze, czyli, och, moje cierpienie byłoby po prostu na pokaz.
Seria obrazująca wyżej opisane zjawisko.
A przecież można się cieszyć sukcesami innych. Dziewczyna robi to, co kocha i jest doceniana, hurra! Może jeśli ja w końcu wezmę się za pisanie i zacznę to publikować, to mnie też ktoś zauważy. Czy to nie piękne?
Nawet jeśli robię to, co kocham, to jeśli poświęcam na to czas i środki materialne, a korzystają z tego inni ludzie, to chyba mogę oczekiwać wynagrodzenia. Przecież też trzeba z czegoś żyć.
Nie popieram na przykład podejścia, że artystom nie trzeba płacić za wykorzystywanie ich prac, bo "dla nich to jest promocja, i tak na tym korzystają". Polecam spróbować kupić żarcie samą popularnością. Czasem się uda, ale nie zawsze.
Pozdrawiam wszystkich starających się. Pierwszy krok do sukcesu to wykonywać swoją pracę.

Nie lubię Szymborskiej

Dla Pani Cz.

Nie lubię Szymborskiej, bo pisała wiersze codzienne. Dlatego nie widzę w nich tego, co najbardziej doceniam w poezji, czyli silnego przeżywania, głębokich uczuć i wzruszeń. Jest w nich podobno ogromna mądrość, której ja jakoś nie widzę. Za bardzo to dla mnie oczywiste. Za bardzo może zgadzam się z tym, co ona w tych wierszach pisze. Nie widzę w tym nauki. Może i w praktyce są mi obce głoszone przez nią hasła, ale ja to wszystko wiem. Może za bardzo lubi Szymborską moja mama, od której już słyszałam wiele z tego, co w tych wierszach można przeczytać, choć chyba ona sama nie zdaje sobie z tego sprawy.
I nie widzę piękna w tej codzienności. W życiu zapamiętuje się to, co niezwykłe, a nie codzienne sprawy. Dlaczego pamiętam żart, że Monika wypadła z balkonu, a nie pamiętam dziesiątek innych żartów moich znajomych? Dlatego, że tamten wstrząsnął mną tak, że bez butów wybiegłam na dwór, dlatego, że bałam się wyjść na balkon, dlatego, że przez cały wieczór krzyczałam na Monię i Kacpra za to. Nie pamiętam walk z zeszłorocznego Turnieju w Czersku, a pamiętam, że jednemu z rycerzy połamał się miecz. Pamiętam, że kondorzyca była sympatyczna, a jeden z sokołów uciekł na mur zabawnemu czeskiemu sokolnikowi.
Pamiętam wycieczkę rowerową po Czersku i przemiłe chwile nad starorzeczem. Pamiętam każdego pająka, który był w moim pokoju. Pamiętam konika polnego, który jakimś cudem dostał się do naszej kuchni na trzecim piętrze i pamiętam chrabąszcza w sypialni moich rodziców, którego wzięłam za karalucha, chociaż wleciał tam wiele lat temu, kiedy pokój mojego brata był jeszcze sypialnią rodziców.
Codzienność nie ma takiego znaczenia. Jeśli ktoś żyje dla tej codzienności, OK, to nawet lepiej - doceniać spokój i stabilność. Ja żyję dla chwil, których się boję, dla tych, kiedy FILDI przejmuje nade mną kontrolę mimo oporów ze strony świadomości. Kiedy nic się nie dzieje, jest mi źle.
W każdym razie, na nic mi refleksje pani Szymborskiej. Co ona chciała mi powiedzieć?
Że mam jedno życie od jego początku do końca i nie zmienię tego, kim jestem (Róża)? Wiem to. I co z tego? W jaki sposób wpływa to na fakt, że nie jestem szczęśliwa w mojej sytuacji? To jest oczywiste i nic z tego nie wynika. Czasem oczywistości nie są tak łatwo dostrzegalne i pod latarnią jest ciemno, ale to...?
Nie lubię nawiązań w wierszach Szymborskiej. Szekspir, Bruegel, Utopia, to takie szkolne.
I co mi Pani mówi? Że jestem młoda i głupia, że nie znam życia i że kiedyś zmądrzeję. Tak to rozumiem. OK, nie zaprzeczam, nie powiem "ale". Ktoś starszy i bardziej doświadczony może się ze mnie śmiać. Po prostu nie lubię Szymborskiej. Nie lubię, kiedy ktoś chce mnie uczyć życia w sposób, który do mnie nie przemawia. Pisała, że "nic dwa razy się nie zdarza", co też jest poniekąd oczywiste. Poniekąd, bo można się z tym nie zgadzać, bo podobno też historia kołem się toczy. Wynikałoby jednak z tego, że niczego nie można młodszych nauczyć. Po co im życiowa wiedza, skoro ich życie będzie całkiem inne?
Przeżyć nie można porównać. Trauma jest traumą. Nie twierdzę przez to, że tak samo ciężko zniosłam moje trudne chwile, jak ci starsi ludzi wojnę. Ale ja też umarłam i przecież nie tylko ja. I teraz jestem w kawałkach, trzymam się tylko na słowo honoru i chciałabym się rozpaść, żeby mnie już nie było. Poddać się byłoby łatwo, ale nie po to dożyłam do dzisiejszego dnia, żeby nie przeżyć do jutra. Nie skończyłam życia i pewnie nigdy go nie skończę, być może nie nadejdzie nigdy chwila, w której mogłabym z satysfakcją położyć się do łóżka i tylko do końca życia liczyć groch, odmierzając w ten sposób czas między śniadaniem a obiadem i obiadem a kolacją. Zawsze można lepiej, więcej, dalej. A jeśli można i jeśli się nie zmuszam, to nie zatrzymam się. Bo dla mnie tak jest najlepiej. Bo ja potrzebuję mojego Fuck It, Let's Do It.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Menu dla FILDI

Mentalne pomarańcze na wzmocnienie FILDI, kolejność przypadkowa:
kisiel
cydr
Słońce
zielony kocyk
Agnieszka
Monia
Jasio
białe kwiaty
herbata
Ze
jeże i inne zwierzątka
Turisas
MSI
Perfekcyjna Pani Domu

Sprzątanie część pierwsza

Ostatnimi czasy mój pokój wyglądał dość kiepsko. Zapuściłam go po prostu, nie miałam siły i ochoty sprzątać. Szczerze mówiąc, cała się posypałam i wszystko mi się poprzestawiało i jakoś duch Perfekcyjnej Pani Domu mnie opuścił. Już nie chciało mi się pilnować porządku ani czegokolwiek innego.
Zmuszam się do zmiany. Wymusiłam na sobie przeorganizowanie pokoju (z pomocą Jasia <3) i teraz jestem w stanie jak po przeprowadzce.
ALE! Przedwczorajszo-wczorajszy FILDI doprowadził mnie do sukcesu. Więc jestem szczęśliwa.
Więc mam wszystko naraz. Jestem w niesamowitej rozsypce i teraz znów potrzebuję mojego FILDI. Niech będzie silny, będę karmić go mentalnymi pomarańczami. Dziś użyłam do tego słońca. I chyba zaraz zrobię sobie kisiel. Kisiel pomaga.
Borze, borze, kocham świat i kocham tych cudownych ludzi, z którymi spędziłam ostatnią noc, i kocham moje życie, kocham ten czas i tak bardzo kocham.
To takie wspaniałe, tak kochać i to takie okropnie nie kochać.


Słońce, niech świeci Słońce dla mnie i dla Ciebie.
Niech żyje radość.
W moich żyłach płynie cydr, a każda przyszłość będzie dobra.
No i posprzątam.

Karmię mój FILDI piosenką MSI. Can you fucking believe it?

sobota, 20 kwietnia 2013

Prokrastynacja i brak motywacji

W tym momencie powinnam coś robić. Coś bardzo ważnego.
Właściwie, są trzy bardzo ważne rzeczy, które powinnam teraz robić.
Zamiast tego oglądam filmy Ze Franka, nawet te, które już widziałam i w sumie częściowo to dobrze, bo Ze Frank motywuje, ale z drugiej strony, oglądam kacze penisy zamiast działać. A teraz piszę na blogu.
Powinnam działać, kończyć, działać i kończyć to, co zaczęłam, ale nie mogę, nie potrafię, boli mnie głowa i nie umiem myśleć i tak bardzo nienawidzę tego, co się ze mną teraz dzieje i mam już niedużo czasu.
Tak rozmyślając, weszłam w zakładki, żeby popatrzeć na to, czym miałam się zajmować i trochę się zmotywować, ale zobaczyłam, że mam w zakładkach to:

Oczywiście, Ze Frank. Kocham go, uwielbiam.
Ze Frank wymyślił coś bardzo ważnego. Było to dawno temu, na długo przed tym, jak go poznałam. Zdaje się, że na długo przed tym, jak powstał nowy a show, pewnie w 2006 roku. Albo jeszcze wcześniej.

F I L D I.
Powinnam okleić sobie cały pokój w F I L D I. To bardzo przydatne, kiedy zaczynam wątpić w sens tego, co robię. Kiedy powoli zaczynam tracić motywację i dochodzę do wniosku, że miałam głupi pomysł. Może i głupi, ale mój. Wynikł z tego, co ja sama osobiście wymyśliłam i z tego, co siedzi w mojej głowie. Ludzie mogą zaakceptować wynik mojego myślenia i mojej pracy lub nie. Zrobią, co zrobią, a ja powinnam tylko dostarczyć im mój bodziec, moją akcję, na którą otrzymam reakcję.
Co to znaczy F I L D I i dlaczego piszę to z odstępami? Zacznę od drugiej części: bo tak mi się podoba. A co do pierwszej: to skrótowiec, jak nietrudno się domyślić.
ef ai el di ai
F  I  L  D  I
Fuck
It;
Let's
Do
It!
Pierdolić to, zróbmy to!
Dlaczego miałabym bać się reakcji? Dlaczego niby miałabym wątpić? Przecież jestem genialna, najlepsza na świecie, jestem ostatecznym, najwyższym ideałem. Bo wszystko jest względne, a ponieważ widzę świat swoimi oczami, nie żadnymi innymi, powinnam przyjmować siebie jako centrum wszechświata, bo to ja jestem punktem odniesienia do wszystkiego, co wychodzi ode mnie.
Dlatego F I L D I, zrobię to po swojemu.
Fuck it; let's do it.

piątek, 19 kwietnia 2013

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Good guys

I'm wearing a self-made hat, a scarf by Anna Matilainen, the rest is second hand.
I like colours, self-made clothes, ethnic influences, Finnish national dresses and natural fibres – I'm allergic to synthetic materials.
Fairies, shamans and other good guys are my style icons.

The north, Indians, fairies, the Sami people and nature inspire my style.I make and modify clothes myself. My style has been white and grey for a long time. I never wear bright colours.

 I like down-to-earth colours, natural materials and details like lace and embroidery.
Fairies and elves inspire me.
I make and customize my clothes myself.

niedziela, 31 marca 2013

Haka

Podróże kształcą.
We wrześniu odbyłam podróż do Norwegii, z której przywiozłam między innymi pamięć o mistrzowskich sucharkach. Nauczyłam się też tańczyć Gangnam Style, o czym chyba również wspominałam.
Ponieważ dawno nie marnowałam czasu, przeglądając Internet, weszłam wczoraj na 9gaga. I zobaczyłam to:
Moją uwagę przykuł jedenasty z przerobionych obrazków.
Ten z haką.
Oprócz tańczenia Gangnam Style, nauczyłam się też haki.
Ale o co chodzi i co to jest haka?
Haka to tradycyjny maoryjski taniec połączony z mimiką i okrzykami, głównie wykorzystywany jako "odstraszacz" wojenny. Chodzi o to, żeby pokazać siebie jako istotę straszniejszą niż człowiek i osłabić morale przeciwnika.
Odmianą haki jest poi, dość słynny taniec, zdecydowanie bardziej kobiecy niż wojenna haka, przy którym wykorzystuje się ciężarki, również zwane poi. Częstą odmianą jest ogniowe poi.
Robi wrażenie, jak zresztą haka w ogóle.
Hakę wykorzystują All Blacks, zespół reprezentujący Nową Zelandię w rugby. Zresztą, głównie oni się pokażą, kiedy wyszukamy "haka" na YouTube. Ja jako pierwszą widziałam tę hakę:
Zaczęłam ten wpis przygotowywać wczoraj i właściwie nie miałam do niego żadnej pointy. Miał być po prostu informacyjny. Dzisiaj jednak byłam u rodziny z okazji świąt i tak sobie siedziałam w pobliżu telewizora z włączoną program muzyczny i po raz pierwszy spotkałam się z twórczością Nicki Minaj, o której słyszałam już wcześniej. Kątem oka oglądałam teledysk piosenki i, o zgrozo, zobaczyłam tam hakę.
I doszłam do nieco nacjonalistycznych przemyśleń.
Zawsze jakoś mnie drażniło wykorzystywanie innych kultur. Wkurzali mnie wszyscy "Japończycy", z którymi się spotykałam jeszcze jako miłośniczka anime. Wkurzało mnie zawsze zapatrywanie się na inne kultury i widzenie wszystkiego co najlepsze u innych narodów, ale nic u siebie.
Rozumiem fascynację innymi kulturami, w końcu sama padam nieustannie jej ofiarą. Nie rozumiem jednak tańca irlandzkiego w teledysku Haliny Mlynkovej ani haki u Nicki Minaj.
Z drugiej strony, powalił mnie na kolana występ na tegorocznym Turnieju Bardów, oparty praktycznie wyłącznie na syberyjskiej i mongolskiej muzyce. No to o co mi w końcu chodzi?
Myślę, że po prostu wypadałoby trzymać się ustalonej konwencji. Jeśli ludzie wychodzą w syberyjskich strojach, z syberyjskimi instrumentami i grają syberyjską muzykę, to ciężko mieć z tym problem. Kiedy jednak maorysi tańczą hakę przy popowej (sic!) piosence pod tytułem "Starships" (sic!) amerykańskiej (sic!)  piosenkarki pochodzącej z Trynidadu i Tobago (sic!), to jednak coś zgrzyta. A może tylko ja tak mam?
Mogłabym napisać coś mądrzejszego na ten temat, ale początkowo nie miałam zamiaru, więc teraz też mi nie wyjdzie.

sobota, 30 marca 2013

Żyję

Wbrew pozorom - żyję.
Jestem daleko, ale cały czas na miejscu.
Internet jest zbędnym luksusem ;)
Poznaję nowych ludzi, ale wciąż tak samo tęsknię za tymi, których nie spotykam codziennie, chociaż chciałabym.
Jem kisiel. A teraz zaopatrzyłam się też w budyń i ciastka.
Nie wychodzę na zewnątrz, z dwoma wyjątkami: dzisiaj i tydzień temu.
Tydzień temu byłam w Poznaniu na Pyrkonie. Można mnie było widzieć, jak chodziłam w pelerynce i bez butów. I z fajeczką, której nie paliłam.
Oto Drużyna Drużyna, ale nie wiemy, kim był Drużyn. Frodo i Gimli nie dotarli.
Mam nadzieję, że nikt mnie nie pobije za wrzucenie tego zdjęcia.
No i wyszłam dzisiaj. Od razu ponownie rozjaśniłam włosy i dążę do bieli. Ale pewnie będę musiała rozjaśnić je jeszcze z dziesięć razy, zanim staną się względnie białe. Chyba że najpierw je zetnę i wtedy ta sama ilość rozjaśniacza będzie bardziej skuteczna.
Mieszkanie pachnie ciastem, święta w końcu. A ja zrobię ciasteczka i może w końcu powstanie z tego fotorelacja i nowa edycja Chaotycznej kuchni Luizy.
Nie wiem, czy mam aparat.
Hmm, ciasteczka.
Dobry pomysł.

sobota, 2 marca 2013

Chaotyczna kuchnia Luizy: Zielony koktajl

Niektórzy dziwią się, jak można żyć bez produktów zwierzęcych. Nietrudno jest na ogół zaakceptować niejedzenie mięsa, natomiast rezygnacja nawet z czegoś tak oczywistego i powszechnego jak nabiał zazwyczaj wydaje się już za dużym hardkorem.
Są jednak takie diety jak frutarianizm czy freeganizm, przy których weganizm jest niczym jedzenie w McDonald's. Chociaż popieram te sposoby żywienia, nie zagłębiam się aż tak w czeluści etycznego / zdrowego / antysystemowego / naturalnego stylu życia. Zdarza mi się jednak korzystać z przepisów witariańskich, które dotarły do mnie za sprawą tej książki:
Kupiłam ją, bo akurat miałam ochotę zdrowo się odżywiać, szczególnie że było lato. 200 przepisów to właściwie nie tak dużo, bo też nie wszystkie są dla każdego. Ale dzięki przeczytaniu tej książki zrozumiałam ogólną ideę zielonych koktajli i odczułam motywację do spróbowania czegoś takiego.
Mam jedno drobne zastrzeżenie co do "naturalności" zielonych koktajli. Rzecz w tym, że autorka książki zachęca do korzystania z 1000-watowych blenderów. Czy to ze mną jest coś nie tak, czy naprawdę dziwnie jest nazywać "naturalną" potrawę robioną przy użyciu maszyny o takiej mocy? W każdym razie mój blender ma jakieś 500 watów i nie mam z tym problemu, póki nie próbuję mielić pestki awokado. Ale ja ogólnie nie lubię awokado. No, ale nieważne. Grunt, że jest zielono, no i surowo, czyli witariańsko.
Z początku korzystałam z przepisów z książki, ale w końcu stwierdziłam, że lepiej pójść do sklepu na spontana i kupić jakąś ładnie wyglądającą zieleninę. Ja do tej pory trzymałam się jarmużu, ale ostatnio w sklepie nie było, więc zadowoliłam się tym, co było. Ale po kolei.
Zaczęłam od szpinaku.
Ponieważ mrożony szpinak jest w takich śmiesznych kawałkach, które nie są za fajne, kiedy się pije, postanowiłam na samym początku zmielić go na drobno. Żeby dało się mielić, trzeba oczywiście dodać wody, która w tym przypadku również rozmraża szpinak na tyle, że mój blenderek może to bez problemu zmielić, ale też dobrze, że jeszcze jest sztywne, bo ostrza to dobrze tną, zamiast tylko mieszać.
Na drugim miejscu znalazła się sałata.
Sałata rzymska ma takie zabawne długie liście. Te liście trzeba pokroić, niespecjalnie drobno, i wrzucić do szpinaku, a następnie razem to zmielić. Blendery na ogół tak mają, że nie powinny za długo pracować bez przerwy, bo to dla nich niezdrowe (jak dla każdego), ale dobrze jest mielić przez jakąś minutę, dla lepszej konsystencji.
Aha, z blenderem najlepiej jest się bawić, kiedy nikogo nie ma w domu, bo nie wszyscy dobrze znoszą ten hałas przez kilka minut z przerwami.
W każdym razie, po sałacie nadchodzi pora na moje ulubione warzywo:
Brokuły są smaczne i zdrowe, a poza tym oryginalne, bo na ogół nie je się kwiatków. Trzeba brokuły jeść, bo zawierają substancje przeciwrakowe, dużo witaminki C, luteinę i inne sympatyczne składniki.
Różę można kroić niezbyt drobno, ale łodygę radzę dobrze potraktować nożem (chyba że ma się mocny blender), bo twarde to jednak. Po podzieleniu brokuła na kawałki wrzucamy go do blendera i znowu mielimy całość przez minutkę. Albo trochę więcej.
W międzyczasie uświadamiamy sobie, że nie przełkniemy czegoś aż tak warzywnego i wrzucamy pokrojoną pomarańczę.
Poza tym trzeba dolewać trochę wody, ale lepiej tylko na tyle, żeby się swobodnie kręciło. Moim zdaniem lepiej przechowywać to w formie gęstej i dopiero do picia rozrabiać wodą, ze względów chyba oczywistych.
 Jeśli nigdy nie próbowałeś takich czarów, a nabrałeś apetytu, radzę do pierwszych jednak wrzucać więcej owoców, żeby było słodko, ale niech Cię Bór broni przed dodaniem cukru. Cukier jest be, a koktajl ma być zdrowy przecież.
Tym się można nieźle najeść. Wzięłam ostatnio do szkoły butelkę koktajlu zamiast wody i nie byłam głodna w ogóle, nawet oddałam moją kanapkę (a to już coś).
Jeśli chodzi o jakieś proporcje czy coś, to znalazły się tutaj cztery kawałki mrożonego szpinaku, trzy liście sałaty, jedna trzecia brokuła i dwie nieduże pomarańcze. Moim zdaniem smakowało raczej brokułowo, a Marta twierdziła, że szpinakowo. W każdym razie sałaty można było śmiało dać więcej.
Fotorelacja jest z poniedziałku, ale nie miałam jakoś ostatnio czasu i ochoty nic pisać, bo od środy umieram z bólu kręgosłupa, za to teraz już staram się wrócić do świata żywych. Nawet pójdę dziś wieczorem do teatru, żeby nie czytać "Tanga" do matury.
Życzę smacznych koktajli! ;)

Liceum

Jako że za jakieś dwa miesiące będę pisała maturę (chyba że mnie nie dopuszczą), dość często słyszę to magiczne pytanie: Co po liceum? Odpowiedź do niedawna była bardzo skomplikowana, teraz już wszystko jest dla mnie jasne, ale nie zdradzę zbyt wiele. Na kierunek, na który się wybieram, jest i tak za dużo chętnych, a to jest superfajny kierunek i nie chcę, żeby doszło więcej konkurencji, więc egoistycznie zachowam to dla siebie.
Ale mogę się trochę bardziej rozpisać, co zrobię do 26 kwietnia, bo chyba wtedy będzie zakończenie roku, jeśli mam zdać trzecią klasę. Z reguły nie można zakładać żadnych pewników odnośnie przyszłości, dlatego też przyjmuję pewne warunki i ogólnie zachowuję dystans. Wychodzę z założenia, że mówienie z pewnością o przyszłości świadczy o braku wiarygodności osoby mówiącej.
Prawdopodobnie czytelnik, który już na tego bloga trafił, zna mnie na co dzień i wie, czym się zajmuję w szkole, ale raczej nie zaszkodzi, jeśli trochę poopowiadam.
Chodzę, póki co (właśnie się dowiedziałam, że to wyrażenie jest rusycyzmem, co nieco mnie zaskoczyło, ale nie powiem, że zniechęciło), do najwspanialszej klasy świata, to jest biol-chemu w XXXIII Liceum Ogólnokształcącym Dwujęzycznym im. Mikołaja Kopernika w Warszawie. Ogólnie rzecz ujmując, jestem z mojej szkoły i klasy bardzo zadowolona. Lubię miasto (wszakżem słoiczkiem*, chociaż posiadam już obywatelstwo piaseczyńskie), lubię budynek, lubię ludzi z mojej klasie i lubię nauczycieli. W każdym razie jestem zadowolona z mojej szkoły nie tylko dlatego, że nie jest ona żadnym z siedleckich liceów, chociaż przyznam, że dreszcz mnie przechodzi za każdym razem, kiedy myślę o tym, że mogłam pójść do Prusa. Brrr. Zasadniczym motywem, który pokierował mną do Kopernika, był angielski. Całe życie chodziłam na dodatkowe lekcje z angielskiego i w końcu w liceum chciałam mieć wolne popołudnia. Drugim ważnym motywem była lokalizacja daleko od Siedlec.
Gdzie to ja... A, biol-chem. Moja historia nauki biologii i chemii (oraz fizyki) jest dość zabawna. Na początku gimnazjum nie przepadałam za biologią, ale stopniowo się do niej przekonywałam i w trzeciej klasie już wiedziałam, że w liceum chcę się właśnie na niej skupić. Chemię natomiast z początku lubiłam, ale zmiany w trzeciej klasie zniechęciły mnie, choć jeszcze nie na tyle, żeby przeszkadzała mi idea biol-chemu. Co do fizyki, to w gimnazjum szła mi dobrze, a potem w liceum przeżyłam szok, bo nagle się okazało, że nic z fizyki nie umiem. Teraz z kolei okazuje się, że fizyka jest naprawdę fajna i sympatyczna - przynajmniej na poziomie podstawowym. Chemia natomiast męczy mnie już całkiem i nawet, o zgrozo, biologii mam trochę dosyć.
 Maturę zdaję w sumie z sześciu przedmiotów. Na poziomie podstawowym z matematyki i fizyki, rozszerzonym - z polskiego, biologii i chemii, a z angielskiego piszę dwujęzyczną. Oczywiście nie wszystko do czegokolwiek mi się przyda. Najprawdopodobniej w całym moim życiu będę potrzebowała papierka tylko do trzech z tych przedmiotów. Szczerze mówiąc, trochę żałuję, że nie wiedziałam, co będzie mi potrzebne, zanim złożyłam ostateczną deklarację maturalną. W tym momencie muszę chyba robić cokolwiek, żeby być dopuszczoną (chociaż niektórzy każą mi się absolutnie nie martwić), a wynik to już mnie nie obchodzi. Nie chciałabym tylko zepsuć szkole statystyk, więc i tak będę się starać. Poza tym, kto wie, może po skończeniu mojego wymarzonego kierunku (albo w trakcie, bo chyba nie powinno to być jakieś trudne), będę chciała podjąć jakieś inne studia i okaże się, że jednak przyda mi się do czegoś ta chemia i biologia.
 Potrzebne będą mi języki i, w niewielkim procencie, matematyka. Niesamowicie się cieszę, że zdecydowałam się na polski rozszerzony i mam tylko nadzieję, że osiągnę przyzwoity wynik. Wspaniałym wyborem był też dwujęzyczny angielski.
A tak btw, nie bardzo rozumiem te osoby z mojej szkoły, które nie zamierzają zdawać rozszerzenia z angielskiego. Poniekąd przemawia do mnie ten argument, że trzeba cały dzień siedzieć w szkole, ale cóż to dla nas, trochę sobie posiedzieć, szczególnie że w międzyczasie można wyskoczyć na falafel do Kabula (chociaż niektórym kebabopodobne jedzenie nie robi dobrze na układ pokarmowy, więc to może nie być dobre rozwiązanie w stresie maturalnym). W końcu trudność tego egzaminu jest żadna dla kogoś, kto u nas miał chociaż względnie dobre oceny. Osobiście uważam, że większość pierwszoklasistów z Kopernika byłaby zdolna przyzwoicie napisać maturę rozszerzoną z angielskiego. Oczywiście nie krytykuję niczyich wyborów - tylko dziwię się trochę.
W każdym razie, mam przed sobą jakąś niewyraźną przyszłość policealną, bez medycyny, weterynarii tudzież jakiejś ochrony środowiska czy czegoś. Tylko dobrze byłoby się dostać na ten mój kierunek.
Mogę w sumie zdradzić tyle, że jest na UW.

*A wczoraj przyjechali rodzice i przywieźli Thermomix, który razem z mamą zostanie na tydzień. Przeszczęśliwam. Chaotyczna kuchnia Luizy pewnie się trochę rozwinie w najbliższym czasie.

poniedziałek, 25 lutego 2013

Miłość i poznanie, czyli rzecz o języku

Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa.

Przeprowadziłam ostatnio dwie interesujące rozmowy, obie poruszające kwestie poniekąd filozoficzne, ale oparte na problematyce językowej.
W pierwszej z nich moim rozmówcą był człowiek, który do tej pory twierdził, że nie wierzy w miłość, teraz jednak nie jest tego taki pewien. Z tego, co zauważyłam, zaprzeczenie istnieniu miłości wzięło się u niego z braku akceptacji dla tego, co się obecnie jako miłość określa. Sformułowanie "kocham cię" stało się wytartym, bezwartościowym zwrotem, wobec czego mój kolega postanowił je odrzucić, a większą wagę nadał stwierdzeniom, niosącym pozornie mniej znaczącą treść, takim jak "lubię cię". Dostosował język do siebie, ale tylko dlatego, że wcześniej dostosował siebie do języka. Myślę, że język powinien mówić, co pomyśli głowa, nie odwrotnie. Powinien służyć do wyrażania myśli, a nie je formować.
Dlaczego zniechęcać się do pewnych wartości tylko dlatego, że wyrażane są w nieodpowiadający nam sposób? Czy nie prościej nadać naszemu językowi osobiste zabarwienie? Kiedy ja mówię "kocham cię", zapewne znaczy to co innego niż te same słowa w ustach innej osoby, ale nie waham się powiedzieć tego, jeśli naprawdę tak czuję. Kocham moją rodzinę i przyjaciół. Czasem potrzebuję specjalnej "zachęty", żeby to z siebie wydusić, ale tak mówię i to mam na myśli. Kiedy jednak to mówię, nie mam na myśli tego, co się kryje pod tym wyświechtanym "kocham cię". Uważam, że romantyczna miłość powinna wyrażać się w czymś więcej i moja głowa ma dużo więcej do przekazania, niż te proste słowa. Żeby tylko język chciał to zrobić... Bo z czynami nie mam chyba problemu. Nie myślę, żebym miała.
Druga rozmowa wynikła z faktu, że Agnieszka jest elfem. Co więcej, Agnieszka jest jedynym elfem, którego znamy. Czy Agnieszka może więc powiedzieć, że zna jakiegoś elfa? Czy można powiedzieć, że Agnieszka spotkała kiedyś elfa?

Zgodnie z tym, co stwierdziłam o języku wcześniej - można tak powiedzieć. Inna sprawa, co będziemy mieli na myśli i jak uargumentujemy swoje zdanie.
Z elfiego językowego problemu wynika tutaj inny, filozoficzny. Czy znamy siebie? Czy znam siebie tak, jak znam Agnieszkę albo dowolną inną osobę? Na pewno wiem o sobie więcej niż o nich, ale nie całkiem wiem, czy znam siebie. W tym momencie odniosę się, jak to robię często, do słownika.  

znać 
1. «mieć pewien zasób wiadomości o kimś lub o czymś» 
2. «utrzymywać z kimś znajomość»
3. «umieć coś» 
4. «wiedzieć, że coś istnieje» 
5. «dawać się odczuć lub zauważyć»

Niewątpliwie mam o sobie pewien zasób wiadomości. Niewątpliwie też daję się sobie odczuć lub zauważyć. Nie zgodzę się z punktem czwartym, ponieważ sama wiedza o istnieniu nie powinna być określana jako znajomość. Wiem, że istnieje książka pod tytułem "Zmartwychwstanie", napisana przez Lwa Tołstoja. Co więcej, posiadam ją - stoi na mojej półce. Ale nie znam jej, bo jej nie przeczytałam i nie mam pojęcia, o czym ona może być. Co do punktu czwartego, moim zdaniem nie powinien się on odnosić absolutnie do osób, ponieważ zdecydowanie mam pewien zasób wiadomości o RDJ, ale nie powiem, że go znam. Z kolei samo posiadanie zasobu wiedzy o Kiroileva Siili wystarcza mi, żeby stwierdzić, że znam Kiroileva Siili.
Punkt drugi odnosi się tylko do osób, ale myślę, że można też powiedzieć: tylko punkt drugi odnosi się do osób. Z tego wynikałoby, że Agnieszka nie zna żadnego elfa.
Ale czy ścisłe trzymanie się słownika nie byłoby zaprzeczeniem mojego poglądu na temat języka? Zdecydowanie byłoby, w końcu dążę do samodzielnego ustalania definicji. W takim zakresie, aby nie popełnić błędu językowego, oczywiście. Słownik z pewnością pomaga, ale nie mogę do niego się ograniczać, jeśli mój język giętki ma mówić wszystko, co pomyśli głowa.
Co więc znaczy czasownik "znać" dla mnie samej?
Przede wszystkim jest w tym coś głębszego niż powierzchowna wiedza. Znać rzecz to znaczy wiedzieć, jaka jest jej istota. Znać osobę to znaczy wiedzieć, kim właściwie ten ktoś jest, wiedzieć o nim coś, co pozwala na nawiązanie więzi (niekoniecznie w sensie pozytywnym; znamy też ludzi, których nie lubimy).
Teraz wyczerpałam już problem natury językowej i pozostaje czyste rozważanie nad tym, czy znam siebie.
Przede wszystkim, ja myślę, że człowiek może siebie poznać i o to chyba chodzi w człowieczeństwie, żeby zastanowić się nad sobą i naprawdę poznać swoją naturę, a wtedy zaakceptować ją lub zminimalizować jej znaczenie w tym, jakim się jest. Oczywiście odbywa się to zawsze stopniowo, pracujemy nad niewielką liczbą aspektów osobowości jednocześnie i też niewielką liczbę jednocześnie poznajemy.
Jeśli znamy kogoś, jesteśmy w stanie przewidzieć jego reakcje. Czy jestem w stanie przewidzieć własne reakcje? Jeśli nie, czy wynika to z nieznajomości siebie samej, czy raczej z "niedowładu" wyobraźni?
Poza tym pozostaje kwestia najistotniejsza: znać kogoś to poniekąd odbierać go w określony sposób, wiedzieć, jaki właściwie jest. Czy mogę wiedzieć, kim jestem? Myślę, że tak. Przecież ja siebie też jakoś odbieram. Ja najlepiej mogę się przekonać, co jest dla mnie najważniejsze i wokół czego moje życie się kręci, ale widzę to inaczej niż ktoś z zewnątrz. Kto wie lepiej? Czasem mówię "dobrze mnie znasz", bo niektórzy potrafią lepiej wyrazić moje własne myśli niż ja sama, ale jednocześnie nie mają pojęcia o tym, co się dzieje w innych zakamarkach mojego umysłu. Chyba nikt nie wie lepiej, tylko ludzie znają mnie inaczej. Stąd biorą się wątpliwości, ale stąd też może przyjść odpowiedź - znam siebie, po prostu nie tak, jak znam innych.
Z filozoficznego kubka herbaty pozdrawia Luiza.

niedziela, 24 lutego 2013

Bomby

Spędziłam dziś parę godzin na obieraniu i krojeniu warzyw w niezwykłym miejscu i towarzystwie. Jedzenie gotowane jest co niedzielę z myślą o potrzebujących, którym ciepły posiłek w zimne dni pomaga przetrwać w mieście. Nie zostałam na rozdawaniu, nigdy się też na nie nie natknęłam i nie wiem, jak wygląda. Samo gotowanie mnie zaskoczyło, bo spodziewałam się, że odpowiedzialna za nie grupa jest większa i bardziej zorganizowana, ale może to kwestia "wczorajszej", poimprezowej atmosfery.
Ale nie o ziemniakach myślę teraz. Myślę o napisie na murze. Kiedy go zobaczyłam, wiedziałam, że jestem na miejscu. Może trochę przekręcę właściwą treść, ale wydaje mi się, że brzmiała ona "jebać frajerów z O.N.R."
Mniejsza o samo ONR. Mniejsza o nazwy, systemy i organizacje. Chodzi mi o ludzi, którzy nie doceniają wartości świętego spokoju, którzy są ograniczeni i którzy lubią innym zaglądać przez okno.
Ostatnio rozmawiałam trochę z różnymi osobami na temat dobroci. Kto jest dobrym człowiekiem. Trochę mi to przypomina mój wpis "Dobrzy ludzie" i chodzi o całkiem podobne sprawy. W każdym razie, moja konkluzja jest taka, że dobry człowiek to taki, który przede wszystkim nie stoi nikomu świadomie na drodze do szczęścia i nie próbuje innych ludzi zmieniać na rzecz własnego światopoglądu, tylko pozwala żyć tak, jak kto chce. I to nieważne, czy lubi się upić, przeklina i sypia co tydzień z inną osobą, czy jest religijny i czy ma w domu porządek, bo to jest jego życie i nie można go na tej podstawie oceniać. Każdy powinien mieć prawo, by być sobą. To podejście do innych jest kryterium, na podstawie którego można kogoś określić jako dobrego lub złego człowieka.
Znam osoby, które dążą do tego, żeby zaprowadzić na świecie ład i porządek i robią to na mnóstwo różnych sposobów, ale działają praktycznie tylko na korzyść innych. To są dobrzy ludzie. I nie do zliczenia są różnice między nimi.
Znam też osoby, które wyznają zasadę "po pierwsze: nie szkodzić". Te osoby nie ingerują w życia innych, ale działają na ich korzyść, bo często ograniczają działalność szkodników. To także są dobrzy ludzie i także bardzo się od siebie różnią.
No i w końcu znam złych ludzi. To są ludzie, którzy nie tylko przyjęli własny, restrykcyjny system wartości (co jest OK), ale dążą do tego, żeby wszyscy go przyjęli, w związku z czym tępią tych, którzy mają inne systemy (co jest be). Ja nazywam ich często "wojującymi". Wojujący katolicy, wojujący ateiści, wojujący mięsożercy, wojujący wegetarianie. To są szkodniki.
Naturalne jest to, że chcemy się dzielić ze światem tym, co uważamy za dobre, ale nie wpychamy na siłę Snickersa cukrzykowi, bo dla niego to nie będzie dobre ani trochę. Co więcej, nie krytykujemy wtedy cukrzyka za to, że po zjedzeniu wmuszonego Snickersa umiera. To jest złe, drogie dzieci.
Poglądy najlepiej jest wyrażać pozytywnie, nie przez krytykę. W tym miejscu można wyczuć luizową hipokryzję, ale! można zwrócić uwagę na to, że nawet, kiedy piszę o bombach, sporo też wspominam o pozytywnych postawach i nie ograniczam się do narzekania. Tak czy inaczej, pozwolę sobie tutaj pominąć przykłady, po prostu przemyśl, drogi czytelniku, jak przedstawić swój światopogląd mówiąc tylko o tym, co jest dobre i nie wspominając o tym, co według Ciebie jest złe. I wtedy na pewno będzie to wyglądało dużo lepiej.
Jestem anarchoprymitywistką. Moje poglądy są dość "ostre" jak na dzisiejsze standardy, ale zauważyłam, że dużo lepiej mi się żyje, od kiedy myślę o korzyściach z wolności i natury zamiast o szkodach wynikających ze współczesnej cywilizacji. Dzięki temu, że je ignoruję, ich zły wpływ na mnie jest ograniczany.
Poza tym, jeśli chciałabym kogoś przekonać do moich standardów, powinnam przekazać wynikające z ich przyjęcia korzyści i uważać, żeby nie skrytykować wartości, do których osoba przekonywana może być przywiązana, bo jeśli ugodzę w jej ideały, na pewno ta osoba przyjmie negatywne nastawienie. Nie o to przecież chodzi.
Wszyscy chcemy mieć w życiu święty spokój. Nie wiem, kto chciałby żyć na totalitarystycznej Utopii Tomasza Morusa. Dobrze jest mieć świadomość, że pierwszym krokiem do zachowania swojej prywatności jest pozostawienie cudzej w stanie nienaruszonym. Live and let live, dammit.

sobota, 23 lutego 2013

O co chodzi z tym tytułem?

Krótko i węzłowato, bo już byłam pytana, co właściwie znaczy ten tytuł "Hurdy-gurdy hurly-burly".
"Hurdy-gurdy" to po angielsku lira korbowa. Ja zasadniczo grywam na lirze. Ponieważ nie chce mi się znowu wyciągać kamery, a poza tym też liry i robić zdjęcia, wklejam fotkę jaką już mam, w jakości telefonowej:
Widać, że ma korbę i skrzynkę klawiaturową, a nawet kawałek klawiatury też można dostrzec.Miałam w planie poświęcanie jej więcej uwagi i pisanie o niej, ale muszę się zajmować innymi sprawami, a poza tym nie czuję się komfortowo, hałasując lirą w całym mieszkaniu, a instrument jest naprawdę głośny. Póki co lira przebywa więc głównie w pokrowcu, czekając na lepsze dni. Przydałyby się też lepsze struny.
"Hurly-burly" to słowo stworzone przez Szekspira, pojawiające się w "Makbecie". "When the hurlyburly's done, / When the battle's lost and won", mówi wiedźma. "Hurly-burly" oznacza "zamieszanie", mniej więcej. Dobrze opisuje zawartość tego bloga.
"Hurdy-gurdy hurly-burly" zasadniczo oznacza "zamieszanie wokół liry korbowej" i tak właśnie wyobrażałam sobie mój kontent. Nie wyszło, ponieważ mało tu liry, zamieszanie jednak wciąż jest.
Pozostaje jeszcze kwestia adresu, chociaż nie powiem, żebym miała tu szczególnie dużo do wyjaśniania. Po pierwsze "osmiryd" świetnie brzmi. Po drugie, to jeden wyraz, a dobrze, żeby adres był jednowyrazowy. Po trzecie, osm i iryd to pierwiastki o największej gęstości, co czyni je na swój sposób niezwykłymi, jak również i to, że występują na Ziemi tylko w niewielkich ilościach. Osmiryd to ich magiczne połączenie :)

Nie z tej ziemi pozdrawia Luiza.

Chaotyczna kuchnia Luizy: Norweskie sucharki


Z Norwegii wróciłam z dużym bagażem doświadczeń. W ciągu tego wrześniowego tygodnia przekonałam się, że morze jest fajne, zobaczyłam jak wyglądają szczypce kraba oddzielone od kraba, nauczyłam się tańczyć do Gangnam Style oraz w którą stronę przewozi się alkohol między Polską a Norwegią. Poza tym przekonałam się, że nie jest mitem informacja, że największe biusty w Europie mają Finki, a także, że IB wypiera ludziom mózgi. Upewniłam się w przekonaniu, że można prowadzić kuchnię dla jednej osoby z jednym garnkiem i jedną łyżką (i niczym więcej, jeśli chodzi o naczynia i sztućce). Poznałam też ciekawy rodzaj supermało pracochłonnych (Marto, coś dla Ciebie) sucharków. Z Finlandii rok wcześniej przyjechałam z paczką sucharków (Väinämöisen PalttoonNapit, polecam), z Norwegii suchary przywiozłam w pamięci.
Przepis na te sucharki krążył wśród Norwegów i znają go tam właściwie wszyscy. Ja nigdy nie słyszałam o czymś takim, póki nie zobaczyłam ich u mojej hostki Eline. Może czas rozpowszechnić je trochę, bo to danie uberłatwe i uberzdrowe. Składają się z ziaren i otrębów zbożowych oraz odrobiny soli, więc są też całkiem smaczne. Jak to przekąska.
W każdym razie, dzisiaj Luiz postanowiła zostać gryzoniem i zrobiła te sucharki, zapraszam więc do nowej nordyckiej przygody kulinarnej.
Skład sucharków jest następujący:
2dl grov rug
2dl havregryn
2dl havrekli
2dl sesamfrø
1dl linfrø
1dl kruskakli
2ts salt
7dl vann
Mnie nie udało się kupić dwóch pierwszych składników i zastąpiłam je odpowiadającymi płatkami. Tak to wyglądało razem:
Nieoceniona była pomoc mojego brata, który przytrzymał miskę, żebym mogła zrobić zdjęcie pokazujące mniej więcej różnorodność składników:
W tle nasz piękny kuchenny kalendarz Playboy.
Gdybym obróciła kamerę o kilka stopni w prawo, byłoby widać
ogromne cycki modelki, na szczęście oszczędzimy sobie tego widoku.

Potem tylko dodać wodę i wymieszać, a następnie wyrzucić na blachę. Warstwa powinna być cienka, ale trzeba uważać, żeby nie pozostawić dziur. Kiedy uda nam się rozłożyć naszą pacię równomiernie, psujemy to, dzieląc ją od razu na kawałki odpowiedniej dla nas wielkości.
Po upieczeniu sucharki są niepodzielne inaczej niż przez gryzienie lub łamanie. Krojenie absolutnie nie wchodzi w grę, więc pożądaną wielkość trzeba im nadać przed włożeniem do piekarnika.
Piecze się to teoretycznie przez 45 minut w temperaturze 150°C. Eline radzi od siebie zapomnieć o czasie i po prostu regularnie sprawdzać ich stan, a ja - podkręcić temperaturę. Świeże doświadczenie mówi także, że termoobieg w tym wypadku za bardzo nie pomoże. Może się przydać obrócenie ich, kiedy zesztywnieją na zewnątrz, ale od spodu będą wciąż wilgotne. Eline tego nie robiła, ja musiałam.
A oto gotowe sucharki, voila:

No dobra, a teraz składniki po naszemu:
2dl żyta
2dl owsa
2dl otrębów owsianych
2dl sezamu
1dl siemienia lnianego
1dl otrębów pszennych
2ts soli
7dl wody
Smacznego.

Z mysiej norki pozdrawia Luiza.