środa, 29 maja 2013
Mazury
Jadę i nie biorę telefonu, nie ma mnie więc do niedzieli. Jeśli trzeba, można się skontaktować przez moją mamę lub Piotra :)
środa, 22 maja 2013
Tyle wygrać
20 punktów z polskiego, 30 z angielskiego. Nigdy wcześniej nie czułam się kujonem tak bardzo. Ja kujonem, dobry żart. OK, nigdy wcześniej nie czułam się szczęściarzem tak bardzo.
Haha, jestem najlepsza.
Dobra, dobra, poczekamy do wyników pisemnych...
Ale jestem dobrej myśli.
Haha, jestem najlepsza.
Dobra, dobra, poczekamy do wyników pisemnych...
Ale jestem dobrej myśli.
wtorek, 21 maja 2013
Wielki dzień
Nadszedł wielki dzień. Wypełniłam dziś mój długo wstrzymywany zamiar. Efektami pochwalę się wkrótce, w jak będzie się dało na nie patrzeć. Póki co, są zawinięte w folię.
W ogóle ostatnio moje życie jest wspaniałe: gram w Assassin's Creed, robię dywan, czytam Zbrodnię i karę (w samą porę), jeżdżę autobusem i śpię. Żyć, nie umierać. A, no i jeszcze piję kawę. Bardzo istotna część.
Jutro ostatecznie skończę z maturami i zacznę wakacje. Muszę przyznać, że liceum było jak do tej pory najlepszym z zakończonych już okresów mojego życia.
Miałam ochotę dzisiaj ugotować obiad, ale nie miałam z czego, a nie mogłam za bardzo pójść do sklepu, bo w Piasecznie przywitała mnie ulewa i zmusiła do prędkiego powrotu do domu. I tak przemokłam, a do tego musiałam zadowolić się płatkami na mleku.
Skoro już piszę nieskładne głupoty, to pochwalę się: z matury ustnej z polskiego dostałam 20 punktów i dowiedziałam się, że moja prezentacja była dojrzała i dobrze przygotowana. Yay! Jutro muszę zdobyć 30.
W ogóle ostatnio moje życie jest wspaniałe: gram w Assassin's Creed, robię dywan, czytam Zbrodnię i karę (w samą porę), jeżdżę autobusem i śpię. Żyć, nie umierać. A, no i jeszcze piję kawę. Bardzo istotna część.
Jutro ostatecznie skończę z maturami i zacznę wakacje. Muszę przyznać, że liceum było jak do tej pory najlepszym z zakończonych już okresów mojego życia.
Miałam ochotę dzisiaj ugotować obiad, ale nie miałam z czego, a nie mogłam za bardzo pójść do sklepu, bo w Piasecznie przywitała mnie ulewa i zmusiła do prędkiego powrotu do domu. I tak przemokłam, a do tego musiałam zadowolić się płatkami na mleku.
Skoro już piszę nieskładne głupoty, to pochwalę się: z matury ustnej z polskiego dostałam 20 punktów i dowiedziałam się, że moja prezentacja była dojrzała i dobrze przygotowana. Yay! Jutro muszę zdobyć 30.
wtorek, 14 maja 2013
Syndrom sztokholmski
Żeby nie napracować się dzisiaj za dużo, po przećwiczeniu mniej więcej mojej prezentacji, która okazała się o wiele za długa, postanowiłam poczytać coś ciekawego w Internecie i padło na SMBC. Nie czytam tego regularnie, więc miałam sporo do klikania w strzałkę w lewo. I doklikałam się do tego komiksu:
Jako zakompleksiona niespokojna gimnazjalistka dużo żałowałam. Często myślałam o tym, że chciałabym cofnąć czas i oszczędzić sobie różnych drobnych upokorzeń, kiedy na przykład podałam przy wszystkich złą odpowiedź na lekcji lub powiedziałam coś głupiego przy kimś fajnym. W końcu doszłam do momentu, kiedy stwierdziłam, że nie warto żałować tego, co się wydarzyło, bo niczego nie zmienię, a w końcu bez tego wszystkiego nie byłabym tym, kim jestem teraz.
Ale może to właśnie nie jest rozsądne. Być może należy żałować, bo przecież żałowanie czegoś, co się stało, też mnie kształtuje. Jeśli nie przejmuję się głupotami, które dawniej popełniłam, mogę nigdy nie nauczyć się na błędach i robić to wszystko znowu i znowu, i znowu.
Teraz już nie całkiem pamiętam, co kiedyś spędzało mi sen z powiek. Nie zapamiętałam nawet emocji, które towarzyszyły mi w tych idiotycznych chwilach. Jest jednak jedna rzecz, którą jestem w stanie sobie przypomnieć i kiedy o tym myślę, nie potrafię nie żałować. Po chyba dziesięciu latach wciąż jest mi głupio.
Dochodzę do wniosku, że czasami nie da się nie żałować. I dobrze. Dzięki temu, jeśli pojawi się szansa, żeby naprawić swój wizerunek, będzie mi bardziej zależało na tym, żeby jednak zapamiętano mnie dobrze. Ewentualnie może to być motywacją, żeby wyprowadzić się z miasta i zacząć się rozwijać przez to, że będę z dala od tych ludzi. Tak czy inaczej to dobrze.
Mówiąc, że nie żałuję niczego, tylko to sobie wmawiam. Nieżałowanie też niekoniecznie musi być takie fajne i dobre. Też może zaszkodzić. Dlatego żałować i wybaczać sobie też trzeba z umiarem. Nie besztać się wiecznie za błędy sprzed lat, ale też nie twierdzić, że to było dobre.
To nie było dobre.
To było idiotyczne.
Borze zielony, chciałabym tego nigdy nie zrobić, tamtego nigdy nie powiedzieć.
Blargh.
Ale! w sumie ułożyło się korzystnie dla mnie. Jestem całkiem zadowolona ze swojego życia, może nawet dojdę wkrótce do etapu, w którym będę bardzo zadowolona.
Ach, aż zrobię sobie herbatę.
A moje włosy już nie są niebieskie. Czy tam zielone. Czy szare. Ciężko określić, jakie one wczoraj były. Teraz mam idiotycznie jasne włosy i jest mi z tym dobrze. I mogę już używać wsuwki. Yay, słodko.
Jako zakompleksiona niespokojna gimnazjalistka dużo żałowałam. Często myślałam o tym, że chciałabym cofnąć czas i oszczędzić sobie różnych drobnych upokorzeń, kiedy na przykład podałam przy wszystkich złą odpowiedź na lekcji lub powiedziałam coś głupiego przy kimś fajnym. W końcu doszłam do momentu, kiedy stwierdziłam, że nie warto żałować tego, co się wydarzyło, bo niczego nie zmienię, a w końcu bez tego wszystkiego nie byłabym tym, kim jestem teraz.
Ale może to właśnie nie jest rozsądne. Być może należy żałować, bo przecież żałowanie czegoś, co się stało, też mnie kształtuje. Jeśli nie przejmuję się głupotami, które dawniej popełniłam, mogę nigdy nie nauczyć się na błędach i robić to wszystko znowu i znowu, i znowu.
Teraz już nie całkiem pamiętam, co kiedyś spędzało mi sen z powiek. Nie zapamiętałam nawet emocji, które towarzyszyły mi w tych idiotycznych chwilach. Jest jednak jedna rzecz, którą jestem w stanie sobie przypomnieć i kiedy o tym myślę, nie potrafię nie żałować. Po chyba dziesięciu latach wciąż jest mi głupio.
Dochodzę do wniosku, że czasami nie da się nie żałować. I dobrze. Dzięki temu, jeśli pojawi się szansa, żeby naprawić swój wizerunek, będzie mi bardziej zależało na tym, żeby jednak zapamiętano mnie dobrze. Ewentualnie może to być motywacją, żeby wyprowadzić się z miasta i zacząć się rozwijać przez to, że będę z dala od tych ludzi. Tak czy inaczej to dobrze.
Mówiąc, że nie żałuję niczego, tylko to sobie wmawiam. Nieżałowanie też niekoniecznie musi być takie fajne i dobre. Też może zaszkodzić. Dlatego żałować i wybaczać sobie też trzeba z umiarem. Nie besztać się wiecznie za błędy sprzed lat, ale też nie twierdzić, że to było dobre.
To nie było dobre.
To było idiotyczne.
Borze zielony, chciałabym tego nigdy nie zrobić, tamtego nigdy nie powiedzieć.
Blargh.
Ale! w sumie ułożyło się korzystnie dla mnie. Jestem całkiem zadowolona ze swojego życia, może nawet dojdę wkrótce do etapu, w którym będę bardzo zadowolona.
Ach, aż zrobię sobie herbatę.
A moje włosy już nie są niebieskie. Czy tam zielone. Czy szare. Ciężko określić, jakie one wczoraj były. Teraz mam idiotycznie jasne włosy i jest mi z tym dobrze. I mogę już używać wsuwki. Yay, słodko.
Puszki, puszeczki
Czy widział ktoś gdzieś ostatnio tonik Schweppes? Odnoszę wrażenie, że zniknął z naszych sklepów, bo wszędzie są już tylko napchane chemikaliami inne toniki i porządni ludzie nie mają już z czym pić ginu.
Pojawiło się za to co innego, czego wcześniej w Polsce nie widziałam: ginger ale.
Pierwszy raz piłam ginger ale na Węgrzech i był to napój Kinley. Pomyślałam, że chociaż tonik Kinley jest obleśny, to może to tajemnicze ginger ale będzie zdatne do picia i nie tak słodkie jak cola, którą dało się wówczas pić świeżo po wyjęciu z lodówki, ale po chwili trzymania jej w węgierskiej temperaturze robił się z niej rozgazowany obrzydliwy ulepek i niestety nie sprawdzała się dobrze w kwestii orzeźwiania.
Kto by pomyślał, ginger ale rzeczywiście było smaczne i piłam je codziennie do końca pobytu. Po powrocie do Polski trochę sobie o tym dziwactwie poczytałam i tak usłyszałam o Canada Dry.
Stwierdziłam, że to jest tak osom, że mogłoby nawet zastąpić Cherry Coke jako mój stały napój. Mogłoby, gdyby było szeroko dostępne w Polsce.
O ile dobrze kojarzę, Canada Dry było dostępne w złototarasowych Kuchniach Świata po jakieś pięć złotych za puszkę. Zdzierstwo, ale zdarzyło mi się to kupić. Smakuje jak niebo.
Później piłam Canada Dry kilka razy podczas LEAP w Norwegii i chyba właśnie z Norwegii pochodzi puszka, która stoi obecnie na półce mojego regału.
Tak, z Norwegii.
W Norwegii częstowałam tym moje koleżanki i powiedziały, że smakuje jak rozwodniony Sprite. Moja dusza płakała, tak jak wtedy, gdy usłyszałam, że cydr smakuje jak piwo (choć sama tak sądziłam przy pierwszym łyku).
A skoro już jestem przy hipsterskich napojach, to jest jeszcze jedna rzecz: Dr Pepper.
Dr Peppera zdarzało mi się kupować w kiosku na dworcu Zachodnim. W sumie już nie pamiętam, dlaczego kupiłam go po raz pierwszy, ale musiałam kojarzyć nazwę. Producent zadaje na puszce pytanie "Can you handle the taste?" i jest to uzasadnione, bo niektórzy nie są tego w stanie znieść.
Dr Pepper smakuje jak odsłodzona cola zmieszana z napojem energetyzującym i trochę jakoś tak jakby imbirowo.
A propos imbiru - ja za nim nie przepadam. Jako przyprawa ujdzie, ale cukierki imbirowe albo marynowane plasterki imbiru przyprawiają mnie o dreszcze, a z kolei ginger ale niesamowicie mi smakuje. W Kuchniach Świata, licząc na coś zbliżonego do ginger ale, kupiłam napój imbirowy. Nie byłam w stanie go wypić. Imbir jest ble.
I tak oto, w ramach unikania ćwiczenia prezentacji maturalnej, popełniłam chyba najmniej sensowny do tej pory wpis na tym blogu.
Pojawiło się za to co innego, czego wcześniej w Polsce nie widziałam: ginger ale.
Pierwszy raz piłam ginger ale na Węgrzech i był to napój Kinley. Pomyślałam, że chociaż tonik Kinley jest obleśny, to może to tajemnicze ginger ale będzie zdatne do picia i nie tak słodkie jak cola, którą dało się wówczas pić świeżo po wyjęciu z lodówki, ale po chwili trzymania jej w węgierskiej temperaturze robił się z niej rozgazowany obrzydliwy ulepek i niestety nie sprawdzała się dobrze w kwestii orzeźwiania.
Kto by pomyślał, ginger ale rzeczywiście było smaczne i piłam je codziennie do końca pobytu. Po powrocie do Polski trochę sobie o tym dziwactwie poczytałam i tak usłyszałam o Canada Dry.
Stwierdziłam, że to jest tak osom, że mogłoby nawet zastąpić Cherry Coke jako mój stały napój. Mogłoby, gdyby było szeroko dostępne w Polsce.
O ile dobrze kojarzę, Canada Dry było dostępne w złototarasowych Kuchniach Świata po jakieś pięć złotych za puszkę. Zdzierstwo, ale zdarzyło mi się to kupić. Smakuje jak niebo.
Później piłam Canada Dry kilka razy podczas LEAP w Norwegii i chyba właśnie z Norwegii pochodzi puszka, która stoi obecnie na półce mojego regału.
Tak, z Norwegii.
W Norwegii częstowałam tym moje koleżanki i powiedziały, że smakuje jak rozwodniony Sprite. Moja dusza płakała, tak jak wtedy, gdy usłyszałam, że cydr smakuje jak piwo (choć sama tak sądziłam przy pierwszym łyku).
A skoro już jestem przy hipsterskich napojach, to jest jeszcze jedna rzecz: Dr Pepper.
Dr Pepper smakuje jak odsłodzona cola zmieszana z napojem energetyzującym i trochę jakoś tak jakby imbirowo.
A propos imbiru - ja za nim nie przepadam. Jako przyprawa ujdzie, ale cukierki imbirowe albo marynowane plasterki imbiru przyprawiają mnie o dreszcze, a z kolei ginger ale niesamowicie mi smakuje. W Kuchniach Świata, licząc na coś zbliżonego do ginger ale, kupiłam napój imbirowy. Nie byłam w stanie go wypić. Imbir jest ble.
I tak oto, w ramach unikania ćwiczenia prezentacji maturalnej, popełniłam chyba najmniej sensowny do tej pory wpis na tym blogu.
poniedziałek, 13 maja 2013
Pożegnania
Na początek randomowe newsy z życia Luizy:
Pofarbowałam włosy i teraz znowu mam zielone. Tym razem nie miało tak być.
Skończyłam prototyp prezentacji maturalnej, teraz mam dwa dni na ćwiczenie. Mało...
A żeby było ciekawiej, napiszę o swoich przemyśleniach z tygodnia matur pisemnych, kiedy to nie miałam czasu pisać nic na blogaska, gdyż byłam zajęta wysypianiem się na egzaminy.
Zdaje mi się, że te przemyślenia przyszły do mnie w tramwaju, ewentualnie autobusie, ostatecznie pociągu. Ale to chyba był tramwaj.
Myślałam o Tristanie i Izoldzie, bo o nich czytałam, przypominając sobie lektury przed maturą z polskiego. Przeczytałam w bardzo skrótowym opracowaniu, że gdy Tristan umierał, jego żona powiedziała mu, że Izolda Złotowłosa nie przyszła się z nim pożegnać. Tristan umarł więc w samotności i rozpaczy, ponieważ przestał czekać na ukochaną, która przyszła wkrótce po tym, jak on wyzionął ducha.
Zaczęłam myśleć o tym, dlaczego tak ważne było dla Tristana i Izoldy, by pożegnać się przed śmiercią? Czy chodziło o to, by nie umierać samotnie? Jeśli tak, to dlaczego nie wystarczyłoby po prostu być razem, dlaczego musieli się żegnać?
Pomyślałam o tym, jak często ludzie żałują, że nie zdążyli pożegnać się z tymi, którzy odeszli przedwcześnie. Żałują, że czegoś nie powiedzieli, nie rozwiązali niepotrzebnych konfliktów, nie podziękowali, nie przeprosili. O co tu chodzi?
Przypomina mi to o mojej pieczątce, którą zrobiłam z gumki do ścierania, zainspirowana oczywiście Ze Frankiem.
Na pieczątce jest renifer i Słońce. Renifer jest wykonany tak, jak na bębnie lapońskiego szamana, natomiast Słońce przedstawiłam za pomocą krzyża słonecznego oraz swastyki, czyli typowymi symbolami "niebiańskiego ognia".
Pieczątka jest po to, żeby zakończyć pracę. Chodzi o to, żeby pożegnać się z czymś, co się zrobiło, nie próbować już tego ulepszać, już nic nie zmieniać. Zakończyć.
Nie zastanowiłam się wcześniej nad tym, dlaczego to kończenie jest takie ważne w innych dziedzinach życia, niż twórczość. Bo to rozumiem, chodzi o to, żeby być w stanie przejść od jednego projektu do następnego. Ale dlaczego ludzie chcą się żegnać z osobami, które odchodzą i których więcej się nie spotka? Dlaczego wyjeżdżając, niektórzy organizują huczne imprezy pożegnalne?
Przyszło mi do głowy, że przyczyna tego jest nieco inna niż w przypadku pieczątki. Przypomniałam sobie sytuacje, kiedy ktoś się żegnał ze mną czy z innymi, na przykład podczas kończenia któregoś etapu edukacji. Pamiętam zakończenie roku w trzeciej klasie gimnazjum, przepełnione beznadziejnymi sentymentami. Chciałam się stamtąd wydostać jak najszybciej, bez pożegnania, po prostu wyjść i nigdy więcej nie wrócić. O, to w sumie jest jak pieczątka - chciałam szybko i energicznie przybić pieczątkę, zamaszyście postawić parafkę, trzasnąć drzwiami i pójść sobie, nie oglądając się. Mieć to za sobą.
Pożegnanie to tylko przedłużanie końca, odwlekanie ostatecznego rozwiązania, chwytanie się ostatniej deski ratunku. Żegnamy się, kiedy tego nie chcemy. Całujemy się na do widzenia, bo chcemy się jeszcze zobaczyć. Jeśli wiemy, że spotkamy się następnego dnia, pożegnanie nie jest tak ważne, jeśli jednak możemy się już więcej nie zobaczyć, korzystamy z każdej dostępnej chwili razem pod pretekstem żegnania się.
Palacze mają ponoć tendencję do palenia kilkudziesięciu "ostatnich papierosów", gdy mają rzucić palenie. Żegnają się z nałogiem, bo chcą palić dalej i wyszukują sobie wymówek - pożegnanie to świetna wymówka.
Albo przechodzenie na dietę - odchudzam się od jutra, dzisiaj jeszcze pożegnam się z dotychczasowym trybem życia, pożegnam się z ciastkami i czekoladą. Od jutra, od jutra, nigdy.
O to chodzi. Jeśli się żegnam, to znaczy, że tego nie chcę. To znaczy, że lubię to, od czego odchodzę i wcale nie chcę z tym kończyć. To znaczy, że będę to wspominała z sentymentem i dlatego chcę mieć jak najwięcej wspomnień. To część mnie, dlatego chcę postawić na tym swoją pieczątkę.
Pofarbowałam włosy i teraz znowu mam zielone. Tym razem nie miało tak być.
Skończyłam prototyp prezentacji maturalnej, teraz mam dwa dni na ćwiczenie. Mało...
A żeby było ciekawiej, napiszę o swoich przemyśleniach z tygodnia matur pisemnych, kiedy to nie miałam czasu pisać nic na blogaska, gdyż byłam zajęta wysypianiem się na egzaminy.
Zdaje mi się, że te przemyślenia przyszły do mnie w tramwaju, ewentualnie autobusie, ostatecznie pociągu. Ale to chyba był tramwaj.
Myślałam o Tristanie i Izoldzie, bo o nich czytałam, przypominając sobie lektury przed maturą z polskiego. Przeczytałam w bardzo skrótowym opracowaniu, że gdy Tristan umierał, jego żona powiedziała mu, że Izolda Złotowłosa nie przyszła się z nim pożegnać. Tristan umarł więc w samotności i rozpaczy, ponieważ przestał czekać na ukochaną, która przyszła wkrótce po tym, jak on wyzionął ducha.
Zaczęłam myśleć o tym, dlaczego tak ważne było dla Tristana i Izoldy, by pożegnać się przed śmiercią? Czy chodziło o to, by nie umierać samotnie? Jeśli tak, to dlaczego nie wystarczyłoby po prostu być razem, dlaczego musieli się żegnać?
Pomyślałam o tym, jak często ludzie żałują, że nie zdążyli pożegnać się z tymi, którzy odeszli przedwcześnie. Żałują, że czegoś nie powiedzieli, nie rozwiązali niepotrzebnych konfliktów, nie podziękowali, nie przeprosili. O co tu chodzi?
Przypomina mi to o mojej pieczątce, którą zrobiłam z gumki do ścierania, zainspirowana oczywiście Ze Frankiem.
Na pieczątce jest renifer i Słońce. Renifer jest wykonany tak, jak na bębnie lapońskiego szamana, natomiast Słońce przedstawiłam za pomocą krzyża słonecznego oraz swastyki, czyli typowymi symbolami "niebiańskiego ognia".
Pieczątka jest po to, żeby zakończyć pracę. Chodzi o to, żeby pożegnać się z czymś, co się zrobiło, nie próbować już tego ulepszać, już nic nie zmieniać. Zakończyć.
Nie zastanowiłam się wcześniej nad tym, dlaczego to kończenie jest takie ważne w innych dziedzinach życia, niż twórczość. Bo to rozumiem, chodzi o to, żeby być w stanie przejść od jednego projektu do następnego. Ale dlaczego ludzie chcą się żegnać z osobami, które odchodzą i których więcej się nie spotka? Dlaczego wyjeżdżając, niektórzy organizują huczne imprezy pożegnalne?
Przyszło mi do głowy, że przyczyna tego jest nieco inna niż w przypadku pieczątki. Przypomniałam sobie sytuacje, kiedy ktoś się żegnał ze mną czy z innymi, na przykład podczas kończenia któregoś etapu edukacji. Pamiętam zakończenie roku w trzeciej klasie gimnazjum, przepełnione beznadziejnymi sentymentami. Chciałam się stamtąd wydostać jak najszybciej, bez pożegnania, po prostu wyjść i nigdy więcej nie wrócić. O, to w sumie jest jak pieczątka - chciałam szybko i energicznie przybić pieczątkę, zamaszyście postawić parafkę, trzasnąć drzwiami i pójść sobie, nie oglądając się. Mieć to za sobą.
Pożegnanie to tylko przedłużanie końca, odwlekanie ostatecznego rozwiązania, chwytanie się ostatniej deski ratunku. Żegnamy się, kiedy tego nie chcemy. Całujemy się na do widzenia, bo chcemy się jeszcze zobaczyć. Jeśli wiemy, że spotkamy się następnego dnia, pożegnanie nie jest tak ważne, jeśli jednak możemy się już więcej nie zobaczyć, korzystamy z każdej dostępnej chwili razem pod pretekstem żegnania się.
Palacze mają ponoć tendencję do palenia kilkudziesięciu "ostatnich papierosów", gdy mają rzucić palenie. Żegnają się z nałogiem, bo chcą palić dalej i wyszukują sobie wymówek - pożegnanie to świetna wymówka.
Albo przechodzenie na dietę - odchudzam się od jutra, dzisiaj jeszcze pożegnam się z dotychczasowym trybem życia, pożegnam się z ciastkami i czekoladą. Od jutra, od jutra, nigdy.
O to chodzi. Jeśli się żegnam, to znaczy, że tego nie chcę. To znaczy, że lubię to, od czego odchodzę i wcale nie chcę z tym kończyć. To znaczy, że będę to wspominała z sentymentem i dlatego chcę mieć jak najwięcej wspomnień. To część mnie, dlatego chcę postawić na tym swoją pieczątkę.
niedziela, 12 maja 2013
Sprzątanie część druga
Z pomocą mamy posprzątałam dziś pokój.
No dobra, skłamałam. Naprawdę wyglądało to tak, że ja leżałam w łóżku, a mama sprzątała i ja tylko mówiłam, co jest do śmieci i co gdzie odłożyć.
Do tego mam nowy regał skręcony dzięki współpracy z Piotrem - ale sama też bym sobie poradziła, bo jestem silną i niezależną kobietą! - więc w końcu będę miała trochę więcej miejsca na moje książki. Poza tym zwalnia się miejsce dzięki temu, że skończyłam już szkołę i nie potrzebuję podręczników. Zachowałam jednak książki do niemieckiego. Zamierzam się uczyć, a następnie sprzedać ostatniemu pokoleniu, które może z tej książki skorzystać.
W końcu obejrzałam kilka odcinków Latającego Cyrku Monty Pythona (pozdrawiam właściciela płyt :)).
A, swoją drogą, czy ktoś z czytelników zna się na teorii literatury? Jak nazywa się zabieg literacki, nadający podniosły charakter, polegający na układaniu obok siebie wyrazów zaczynających się na tę samą literę, np. w tym zdaniu: "Oft Scyld Scefing sceaþena þreatum, monegum mægþum, meodosetla ofteah, egsode eorlas." Czy to w ogóle jakoś się nazywa?
Zaczęłam przygotowywać prezentację maturalną na czwartek. W samą porę. Póki co wychodzi mi dużo gadania, ale nie weszłam jeszcze w fazę testów. Jeszcze nawet nie wyszłam z fazy przygotowywania.
W każdym razie, zdawać by się mogło, że mam dziś dość pracowity dzień. Sprzątanie, meblozakupy, skręcanie regału, pisanie prezentacji, Monty Python... Jakimś cudem znalazłam jednak czas na oglądanie Torchwood.
Uwaga, drogi czytelniku. Jeśli przyjdzie Ci kiedyś do głowy oglądać Torchwood - nie rób tego. Naprawdę. Zrób to światu i sobie samemu. Naprawdę, to kiepski pomysł. Ten serial jest beznadziejny. Lepiej obejrzyj Supernatural. Meh, już lepiej obejrzyj Pretty Little Liars. Albo nic nie oglądaj, tylko zrób coś sensownego ze swoim życiem.
A właśnie, dzisiaj, gdy pisałam prezentację maturalną, przypomniał mi się rap Ze Franka z An Invocation for Beginning: "Let me not hit up my Facebook like it's a crack pipe. Keep the browser closed!" Dzięki temu udało mi się pisać tak długo, aż przyszedł mój gość i nie dawałam za bardzo rozpraszać się Internetowi. Tylko trochę Torchwood, ale to inna historia.
Dziś był dobry dzień. Zaczęłam go leniwie, ale dociągnęłam do końca całkiem pozytywnego wieczora. Jest dobrze i jutro też będzie. Może nawet lepiej.
Dobranoc, blogasku.
No dobra, skłamałam. Naprawdę wyglądało to tak, że ja leżałam w łóżku, a mama sprzątała i ja tylko mówiłam, co jest do śmieci i co gdzie odłożyć.
Do tego mam nowy regał skręcony dzięki współpracy z Piotrem - ale sama też bym sobie poradziła, bo jestem silną i niezależną kobietą! - więc w końcu będę miała trochę więcej miejsca na moje książki. Poza tym zwalnia się miejsce dzięki temu, że skończyłam już szkołę i nie potrzebuję podręczników. Zachowałam jednak książki do niemieckiego. Zamierzam się uczyć, a następnie sprzedać ostatniemu pokoleniu, które może z tej książki skorzystać.
W końcu obejrzałam kilka odcinków Latającego Cyrku Monty Pythona (pozdrawiam właściciela płyt :)).
A, swoją drogą, czy ktoś z czytelników zna się na teorii literatury? Jak nazywa się zabieg literacki, nadający podniosły charakter, polegający na układaniu obok siebie wyrazów zaczynających się na tę samą literę, np. w tym zdaniu: "Oft Scyld Scefing sceaþena þreatum, monegum mægþum, meodosetla ofteah, egsode eorlas." Czy to w ogóle jakoś się nazywa?
Zaczęłam przygotowywać prezentację maturalną na czwartek. W samą porę. Póki co wychodzi mi dużo gadania, ale nie weszłam jeszcze w fazę testów. Jeszcze nawet nie wyszłam z fazy przygotowywania.
W każdym razie, zdawać by się mogło, że mam dziś dość pracowity dzień. Sprzątanie, meblozakupy, skręcanie regału, pisanie prezentacji, Monty Python... Jakimś cudem znalazłam jednak czas na oglądanie Torchwood.
Uwaga, drogi czytelniku. Jeśli przyjdzie Ci kiedyś do głowy oglądać Torchwood - nie rób tego. Naprawdę. Zrób to światu i sobie samemu. Naprawdę, to kiepski pomysł. Ten serial jest beznadziejny. Lepiej obejrzyj Supernatural. Meh, już lepiej obejrzyj Pretty Little Liars. Albo nic nie oglądaj, tylko zrób coś sensownego ze swoim życiem.
A właśnie, dzisiaj, gdy pisałam prezentację maturalną, przypomniał mi się rap Ze Franka z An Invocation for Beginning: "Let me not hit up my Facebook like it's a crack pipe. Keep the browser closed!" Dzięki temu udało mi się pisać tak długo, aż przyszedł mój gość i nie dawałam za bardzo rozpraszać się Internetowi. Tylko trochę Torchwood, ale to inna historia.
Dziś był dobry dzień. Zaczęłam go leniwie, ale dociągnęłam do końca całkiem pozytywnego wieczora. Jest dobrze i jutro też będzie. Może nawet lepiej.
Dobranoc, blogasku.
środa, 1 maja 2013
Anatomia według Luizy: Czoło
Co myślą ludzie, kiedy patrzą na innych ludzi? Czy widzą różnorodność kolorów oczu i monotonię kolorów włosów? Różnice w sylwetkach? Różne kształty nosów?
Co widzi Luiza, gdy patrzy na osobniki własnego gatunku? Cóż, Luiza widzi czoło.
Czoło to taka ludzka część ciała. Inne zwierzęta raczej go nie mają.
Wiadomo, o co chodzi. Rozwój mózgu, rozrosły się płaty czołowe, zrobiło się czoło. Ale czy to nie jest w swoim efekcie fascynujące?
Przyjrzyjmy się więc czaszkom i czołom człekokształtnych.
Jak nietrudno zauważyć, czoło jest istotną częścią twarzy, jeśli chodzi o mimikę i wyrażanie emocji, co szczególnie widać u starszych osób, które dużo się w życiu dziwiły. Robią im się zmarszczki i już zawsze wyglądają na zdziwionych.
Szympans na zdjęciu powyżej robi minę. Marszczy mu się buzia i można zobaczyć możliwości mimicznego wyrażania emocji przez zwierzę inne niż człowiek. Można się kłócić, czy szympans ma czoło. Ja myślę, że ma, bo na zdjęciu widać zmarszczki nad brwiami. Widać więc, że czoło szympansa jest bardzo małe, ale jest.
Goryle raczej nie mają czoła. Gorylątko też robi minkę i trochę widać zmarszczki, ale technicznie rzecz biorąc, to zaraz nad łukiem brwiowym rosną mu włosy, więc ciężko stwierdzić, żeby miał czoło. Gorylątko jest za to nieopisanie śliczne.
Pan orangutan dużo się w życiu martwił* i od tego martwienia się zrobiły mu się zmarszczki. Pan orangutan jest atrakcyjnym samcem, bo jego twarz wygląda jak talerz. Co kto lubi, no nie?
Orangutany to moje ulubione gatunki. Są takie piękne. Strasznie straszne, kiedy się zdenerwują, no i samcom orangutanów zdarza się gwałcić ludzkie kobiety, no ale dopóki nie podchodzi się blisko... W każdym razie, orangutany są biedne, bo źli Azjaci zabijają orangutańskie mamusie, porywają małe orangutanki, trzymają je jako zwierzątka domowe, póki są małe i słodkie, a potem, jak podrosną, zabijają je albo porzucają i orangutany nie wiedzą jak żyć i też giną. Dlatego jednym z moich planów życiowych był wyjazd na Borneo, gdzie ratowałabym orangutany, ale zmieniłam zdanie, bo nie pójdę na weterynarię. Może kiedyś. Ale orangutany i tak dobrze byłoby wspierać.
Kochajmy orangutany.
*Dobry żart: "skoro martwi się nie żywią, to czemu żywi się martwią?" Całkiem sensowne jest także, że jeśli martwi zaczną się żywić, to żywi powinni się martwić.
Co widzi Luiza, gdy patrzy na osobniki własnego gatunku? Cóż, Luiza widzi czoło.
Czoło to taka ludzka część ciała. Inne zwierzęta raczej go nie mają.
| Oto czaszka kota. Jak widać, kot nie ma czoła. |
Wiadomo, o co chodzi. Rozwój mózgu, rozrosły się płaty czołowe, zrobiło się czoło. Ale czy to nie jest w swoim efekcie fascynujące?
Przyjrzyjmy się więc czaszkom i czołom człekokształtnych.
| Oto czaszka neandertalczyka. Jak widać, neandertalczyk miał kawałeczek czoła. |
Jak nietrudno zauważyć, czoło jest istotną częścią twarzy, jeśli chodzi o mimikę i wyrażanie emocji, co szczególnie widać u starszych osób, które dużo się w życiu dziwiły. Robią im się zmarszczki i już zawsze wyglądają na zdziwionych.
| Oto czaszka szympansa. |
| Oto szympans. |
| Oto czaszka goryla. |
| Oto małe gorylątko. |
| Oto czaszka orangutana. |
| Oto pan orangutan. |
Orangutany to moje ulubione gatunki. Są takie piękne. Strasznie straszne, kiedy się zdenerwują, no i samcom orangutanów zdarza się gwałcić ludzkie kobiety, no ale dopóki nie podchodzi się blisko... W każdym razie, orangutany są biedne, bo źli Azjaci zabijają orangutańskie mamusie, porywają małe orangutanki, trzymają je jako zwierzątka domowe, póki są małe i słodkie, a potem, jak podrosną, zabijają je albo porzucają i orangutany nie wiedzą jak żyć i też giną. Dlatego jednym z moich planów życiowych był wyjazd na Borneo, gdzie ratowałabym orangutany, ale zmieniłam zdanie, bo nie pójdę na weterynarię. Może kiedyś. Ale orangutany i tak dobrze byłoby wspierać.
Kochajmy orangutany.
*Dobry żart: "skoro martwi się nie żywią, to czemu żywi się martwią?" Całkiem sensowne jest także, że jeśli martwi zaczną się żywić, to żywi powinni się martwić.
wtorek, 30 kwietnia 2013
Dr. Horrible
Najpierw było Supernatural i odcinek "The Girl with the Dungeons and Dragons Tattoo". Tytułową rolę Charlie grała w nim Felicia Day, niesamowicie słodka dziewczyna.
Charlie to geniusz i geek. Jak wiele epizodycznych bohaterów Supernatural, jest niesamowicie wyrazistą postacią i każdy odcinek z nią warto zobaczyć. No dobra, warto zobaczyć właściwie każdy odcinek Supernatural. Ale ja uwielbiam Charlie, dlatego po tym odcinku zgooglowałam Felicię Day i tak dowiedziałam się o Dr. Horrible's Sing-Along Blog. Nie rozumiem, czemu "Dr." pisze się z kropką, ale nie wnikam. Widocznie tak ma być.
Pierwszą piosenką z Dr. Horrible's Sing-Along Blog, jaką usłyszałam, było "I Cannot Believe My Eyes".
W roli głównej Neil Patrick Harris, a jako Penny występuje Felicia Day, więc to chyba oczywiste, że kto jeszcze nie widział, ten musi to obejrzeć.
AnyWho, "I Cannot Believe My Eyes" to niesamowita piosenka. Jednocześnie śpiewa zły do szpiku kości Dr. Horrible oraz urocza i dobra Penny. Ich teksty mówią o całkiem różnych poglądach na rzeczywistość. Zgorzkniały Dr. Horrible widzi, jak świat stacza się i staje się coraz gorszy. Czuje, że wzrasta w nim zło pod wpływem niesprawiedliwości, która go spotkała. Za to Penny jest szczęśliwa i ma wrażenie, że świat dąży do harmonii i w sercu każdego człowieka drzemie dobro.
I cannot believe my eyes
How the world's filled with filth and lies / How the world's finally growing wise
But it's plain to see / And it's plain to see
Evil inside of me / Rapture inside of me
Is on the rise.
Magia tej piosenki polega na tym, że nieszczęśliwa osoba będzie słuchała Doktora, a szczęśliwa - Penny. Oczywiście, można też słuchać bez utożsamiania się z którąkolwiek ze stron, ale raczej nie będzie tak, że jednocześnie pasują nam obie.
No, ale właśnie ja tak mam.
Z jednej strony widzę, że świat jest zły i niesprawiedliwy, a z drugiej chciałabym każdemu udowodnić, że jest inaczej. Jedyne, czego to dowodzi, że uogólnienia się nie sprawdzają. Nawet jeśli zdawałoby się, że wszystko idzie idealnie, to i tak mogą się zdarzyć jakieś trudności, a jeśli wszystko wydaje się beznadziejne, to i tak gdzieś się pali światełko, choćby na końcu długiego tunelu. Często jednak jest tak, że ludzie przyjmują konkretną postawę i nie akceptują tego, że mogłoby być inaczej, niż im się wydaje.
Stąd wynika tragedia. Dr. Horrible nie widzi, że zło nie jest jedyną drogą, a Penny nawet nie pomyślała, że ktoś teoretycznie dobry może mieć wielkie wady.
Z początku wydawał się głupawy, ale tak naprawdę jest słodki.
Ale ludzie mogą mieć trzy warstwy, powiedział Billy. Jak placek.
Na górze ciasto, pod spodem słodkie owoce, ale poniżej znowu jest warstwa twardego ciasta. Dziwne porównanie, ale właściwie słuszne. Pierwsze wrażenie często jest słuszne. Osoby, które wydają się nieprzyjemne mogą być milutkie w bezpośrednim kontakcie, ale kiedy poznamy ich bliżej, to pierwsze wrażenie jeszcze może się nam przypomnieć.
Ach, nie ma to jak nauka życia z Internetem.
Charlie to geniusz i geek. Jak wiele epizodycznych bohaterów Supernatural, jest niesamowicie wyrazistą postacią i każdy odcinek z nią warto zobaczyć. No dobra, warto zobaczyć właściwie każdy odcinek Supernatural. Ale ja uwielbiam Charlie, dlatego po tym odcinku zgooglowałam Felicię Day i tak dowiedziałam się o Dr. Horrible's Sing-Along Blog. Nie rozumiem, czemu "Dr." pisze się z kropką, ale nie wnikam. Widocznie tak ma być.
Pierwszą piosenką z Dr. Horrible's Sing-Along Blog, jaką usłyszałam, było "I Cannot Believe My Eyes".
AnyWho, "I Cannot Believe My Eyes" to niesamowita piosenka. Jednocześnie śpiewa zły do szpiku kości Dr. Horrible oraz urocza i dobra Penny. Ich teksty mówią o całkiem różnych poglądach na rzeczywistość. Zgorzkniały Dr. Horrible widzi, jak świat stacza się i staje się coraz gorszy. Czuje, że wzrasta w nim zło pod wpływem niesprawiedliwości, która go spotkała. Za to Penny jest szczęśliwa i ma wrażenie, że świat dąży do harmonii i w sercu każdego człowieka drzemie dobro.
I cannot believe my eyes
How the world's filled with filth and lies / How the world's finally growing wise
But it's plain to see / And it's plain to see
Evil inside of me / Rapture inside of me
Is on the rise.
Magia tej piosenki polega na tym, że nieszczęśliwa osoba będzie słuchała Doktora, a szczęśliwa - Penny. Oczywiście, można też słuchać bez utożsamiania się z którąkolwiek ze stron, ale raczej nie będzie tak, że jednocześnie pasują nam obie.
No, ale właśnie ja tak mam.
Z jednej strony widzę, że świat jest zły i niesprawiedliwy, a z drugiej chciałabym każdemu udowodnić, że jest inaczej. Jedyne, czego to dowodzi, że uogólnienia się nie sprawdzają. Nawet jeśli zdawałoby się, że wszystko idzie idealnie, to i tak mogą się zdarzyć jakieś trudności, a jeśli wszystko wydaje się beznadziejne, to i tak gdzieś się pali światełko, choćby na końcu długiego tunelu. Często jednak jest tak, że ludzie przyjmują konkretną postawę i nie akceptują tego, że mogłoby być inaczej, niż im się wydaje.
Stąd wynika tragedia. Dr. Horrible nie widzi, że zło nie jest jedyną drogą, a Penny nawet nie pomyślała, że ktoś teoretycznie dobry może mieć wielkie wady.
Z początku wydawał się głupawy, ale tak naprawdę jest słodki.
Ale ludzie mogą mieć trzy warstwy, powiedział Billy. Jak placek.
Na górze ciasto, pod spodem słodkie owoce, ale poniżej znowu jest warstwa twardego ciasta. Dziwne porównanie, ale właściwie słuszne. Pierwsze wrażenie często jest słuszne. Osoby, które wydają się nieprzyjemne mogą być milutkie w bezpośrednim kontakcie, ale kiedy poznamy ich bliżej, to pierwsze wrażenie jeszcze może się nam przypomnieć.
Ach, nie ma to jak nauka życia z Internetem.
Szaleństwo
Chyba każdemu zdarzają się czasem gorsze dni. Na pewno każdy ma prawo czasem mieć gorszy dzień.
Ja wczoraj dzisiaj gorszy dzień. Próbowałam go zacząć pozytywnie, ale szybko wyczerpały mi się baterie. Troszkę sprzątnęłam w pokoju, ale potem już tylko leżałam na łóżku i nie ruszałam się, dopóki nie dostałam uśmiechu z dostawą do domu.
Jeden z aspektów mojego życia, w które trudno mi uwierzyć, to moje życie towarzyskie. Sam fakt, że ono istnieje mnie zadziwia, bo to nie jest to, do czego przyzwyczaiło mnie na przykład gimnazjum.Teraz jednak okazuje się, że mam przyjaciół i że może być miło i przyjemnie, niezależnie od ogólnej sytuacji życiowej. Niemal zawsze jest ktoś, u kogo mogę złożyć zamówienie i jeszcze tego samego dnia dostanę od nich porcję radości.
Kiedy mam gorsze dni, zdarza mi się szaleć. Moje postępowanie jest niezgodne z zasadami logiki. Czy jakimikolwiek innymi zasadami. Po prostu szaleję, odbija mi i robię bardzo złe rzeczy.
Nie wszystko da się odkręcić, ale to chyba dobrze. Gorsze momenty też czegoś nas uczą i do czegoś prowadzą. W tym właśnie sprawdza się dziwaczne powiedzenie "co cię nie zabije, to cię wzmocni."
Cokolwiek przyszłość przyniesie, to będzie dobre - oto ostateczny optymizm Luizy S. Najpiękniejsze jest to, że to prawda.
Więc trzymajmy się. Wszystko będzie dobrze.
Ja wczoraj dzisiaj gorszy dzień. Próbowałam go zacząć pozytywnie, ale szybko wyczerpały mi się baterie. Troszkę sprzątnęłam w pokoju, ale potem już tylko leżałam na łóżku i nie ruszałam się, dopóki nie dostałam uśmiechu z dostawą do domu.
Jeden z aspektów mojego życia, w które trudno mi uwierzyć, to moje życie towarzyskie. Sam fakt, że ono istnieje mnie zadziwia, bo to nie jest to, do czego przyzwyczaiło mnie na przykład gimnazjum.Teraz jednak okazuje się, że mam przyjaciół i że może być miło i przyjemnie, niezależnie od ogólnej sytuacji życiowej. Niemal zawsze jest ktoś, u kogo mogę złożyć zamówienie i jeszcze tego samego dnia dostanę od nich porcję radości.
Kiedy mam gorsze dni, zdarza mi się szaleć. Moje postępowanie jest niezgodne z zasadami logiki. Czy jakimikolwiek innymi zasadami. Po prostu szaleję, odbija mi i robię bardzo złe rzeczy.
Nie wszystko da się odkręcić, ale to chyba dobrze. Gorsze momenty też czegoś nas uczą i do czegoś prowadzą. W tym właśnie sprawdza się dziwaczne powiedzenie "co cię nie zabije, to cię wzmocni."
Cokolwiek przyszłość przyniesie, to będzie dobre - oto ostateczny optymizm Luizy S. Najpiękniejsze jest to, że to prawda.
Więc trzymajmy się. Wszystko będzie dobrze.
piątek, 26 kwietnia 2013
Soundtrack na dziś
Moje ostatnie zakończenie roku szkolnego. Oh, yeah. Z okazji dobrego humoru w ten piękny poranek, podzielę się bardzo przyjemnymi utworami, od których ja też dzień zaczęłam:
Detroit Metal City - Satsugai
Queens of the Stone Age - Feel Good Hit of the Summer
MSI - Witness
Turmion Kätilöt - Minä Määrään (to dobry moment, by cieszyć się finska klawiaturą w telefonie)*
Rabbit Junk - Demons
Rammstein - Pussy
A teraz wskakuje na rower i jadę do szkoły. Rower Power!
*Edit, tym razem na komputerze: Szkoda tylko, że bez sporej części polskiego słownika, jak większość telefonów zresztą.
Detroit Metal City - Satsugai
Queens of the Stone Age - Feel Good Hit of the Summer
MSI - Witness
Turmion Kätilöt - Minä Määrään (to dobry moment, by cieszyć się finska klawiaturą w telefonie)*
Rabbit Junk - Demons
Rammstein - Pussy
A teraz wskakuje na rower i jadę do szkoły. Rower Power!
*Edit, tym razem na komputerze: Szkoda tylko, że bez sporej części polskiego słownika, jak większość telefonów zresztą.
wtorek, 23 kwietnia 2013
Proszę nie zrywać stokrotek
W życiu chodzi o to, żeby zachwycać się kwiatami.
Stokrotką.
Powojem.
Lilakiem.
Konwalią.
Jabłonią.
Szypszyną.
Kasztanowcem.
Truskawką.
Wiśnią.
Mniszkiem.
Rumiankiem.
Chabrem.
Grzybieniem.
Kokoryczką.
Fiołkiem.
Magnolią.
Lilią.
Niezapominajką.
Jaskrem.
Choćby i barszczem Sosnowskiego, byle z daleka.
Oraz, specjalnie dla Napiora:
Kaktusem.
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
Wartość pracy
Bezpośrednią inspiracją przemyśleń jest dyskusja z facebooka. Bez zgody uczestników (a czat nie chce mi się uaktywnić) nie będę wrzucać screenu, więc opowiem, o co chodzi:
Dziewczyna robi zdjęcia. Stara się, ma swój specjalny fotograficzny profil na facebooku, jej zdjęcia można było oglądać w Galerii w drodze. Dzisiaj pochwaliła się na facebooku nadchodzącymi sesjami i powiedziano jej, że sesje to nic, a inni ludzie nic nie dostają za katorżniczą pracę.
No kurczę. Nie rozumiem, jak tak można?
Ludzie, którzy są zmuszeni do pracy po 16 godzin w chińskich szwalniach, są niewątpliwie pokrzywdzeni. Przez swój los, przez system, przez NAS, KTÓRZY KUPUJEMY NIEETYCZNIE PRODUKOWANE PRZEDMIOTY. Należy, oczywiście, próbować coś z tym zrobić, ale nie ukrywajmy - w naszym systemie liczą się masy i giganci, nie jednostki.
Dziewczyna robi zdjęcia. Stara się, ma swój specjalny fotograficzny profil na facebooku, jej zdjęcia można było oglądać w Galerii w drodze. Dzisiaj pochwaliła się na facebooku nadchodzącymi sesjami i powiedziano jej, że sesje to nic, a inni ludzie nic nie dostają za katorżniczą pracę.
No kurczę. Nie rozumiem, jak tak można?
Ludzie, którzy są zmuszeni do pracy po 16 godzin w chińskich szwalniach, są niewątpliwie pokrzywdzeni. Przez swój los, przez system, przez NAS, KTÓRZY KUPUJEMY NIEETYCZNIE PRODUKOWANE PRZEDMIOTY. Należy, oczywiście, próbować coś z tym zrobić, ale nie ukrywajmy - w naszym systemie liczą się masy i giganci, nie jednostki.
Czy mam się czuć winna przez to, że żyję w dobrych warunkach i nie muszę ciężko pracować, żeby zarobić na miskę ryżu dziennie? Serio? Czy jedyne, co mogę zrobić, by nie uważano mojego życia za przecenione i moich potrzeb za wygórowane, to zacząć zbierać bawełnę w Burkina Faso? Jeśli tak uważasz, to dlaczego, do cholery, czytasz to na moim blogu, zamiast szyć w tym momencie buty dla Nike?
Nie rozumiem ludzi, którzy uważają, że jeśli wykonuje się przyjemną pracę, to nie zasługuje się na docenienie. Nie, nie możesz wykonywać zawodu, który lubisz. Nie możesz rozwijać swojego hobby, bo jeszcze okaże się, że masz talent, ktoś Cię zauważy i zaczniesz zarabiać na czymś fajnym! Przecież nie można być zadowolonym z życia.
Serio, mam wrażenie, że bycie szczęśliwym jest po prostu niechciane. Trzeba mówić o tym, jakim się jest nieszczęśliwym i pokrzywdzonym, bo inaczej nikt nie będzie chciał słuchać, bo kiedy ludzie czują się źle, chcą się dowiedzieć, że komuś innemu też się nie powodzi. Wtedy można się połączyć w cierpieniu i poczuć zrozumianym przez moment.
Oczywiście, o cierpieniu trzeba mówić w jakiś pociągający sposób, bo inaczej to będzie nudne. Nie mogłabym zrobić wpisu o tym, z czym mi jest źle w życiu. Musiałabym o tym zrobić zabawny komiks, ale żeby zrobić zabawny komiks, musiałabym właściwie czuć się dobrze, czyli, och, moje cierpienie byłoby po prostu na pokaz.
![]() |
| Seria obrazująca wyżej opisane zjawisko. |
A przecież można się cieszyć sukcesami innych. Dziewczyna robi to, co kocha i jest doceniana, hurra! Może jeśli ja w końcu wezmę się za pisanie i zacznę to publikować, to mnie też ktoś zauważy. Czy to nie piękne?
Nawet jeśli robię to, co kocham, to jeśli poświęcam na to czas i środki materialne, a korzystają z tego inni ludzie, to chyba mogę oczekiwać wynagrodzenia. Przecież też trzeba z czegoś żyć.
Nie popieram na przykład podejścia, że artystom nie trzeba płacić za wykorzystywanie ich prac, bo "dla nich to jest promocja, i tak na tym korzystają". Polecam spróbować kupić żarcie samą popularnością. Czasem się uda, ale nie zawsze.
Pozdrawiam wszystkich starających się. Pierwszy krok do sukcesu to wykonywać swoją pracę.
Nie lubię Szymborskiej
Dla Pani Cz.
Nie lubię Szymborskiej, bo pisała wiersze codzienne. Dlatego nie widzę w nich tego, co najbardziej doceniam w poezji, czyli silnego przeżywania, głębokich uczuć i wzruszeń. Jest w nich podobno ogromna mądrość, której ja jakoś nie widzę. Za bardzo to dla mnie oczywiste. Za bardzo może zgadzam się z tym, co ona w tych wierszach pisze. Nie widzę w tym nauki. Może i w praktyce są mi obce głoszone przez nią hasła, ale ja to wszystko wiem. Może za bardzo lubi Szymborską moja mama, od której już słyszałam wiele z tego, co w tych wierszach można przeczytać, choć chyba ona sama nie zdaje sobie z tego sprawy.
I nie widzę piękna w tej codzienności. W życiu zapamiętuje się to, co niezwykłe, a nie codzienne sprawy. Dlaczego pamiętam żart, że Monika wypadła z balkonu, a nie pamiętam dziesiątek innych żartów moich znajomych? Dlatego, że tamten wstrząsnął mną tak, że bez butów wybiegłam na dwór, dlatego, że bałam się wyjść na balkon, dlatego, że przez cały wieczór krzyczałam na Monię i Kacpra za to. Nie pamiętam walk z zeszłorocznego Turnieju w Czersku, a pamiętam, że jednemu z rycerzy połamał się miecz. Pamiętam, że kondorzyca była sympatyczna, a jeden z sokołów uciekł na mur zabawnemu czeskiemu sokolnikowi.
Pamiętam wycieczkę rowerową po Czersku i przemiłe chwile nad starorzeczem. Pamiętam każdego pająka, który był w moim pokoju. Pamiętam konika polnego, który jakimś cudem dostał się do naszej kuchni na trzecim piętrze i pamiętam chrabąszcza w sypialni moich rodziców, którego wzięłam za karalucha, chociaż wleciał tam wiele lat temu, kiedy pokój mojego brata był jeszcze sypialnią rodziców.
Codzienność nie ma takiego znaczenia. Jeśli ktoś żyje dla tej codzienności, OK, to nawet lepiej - doceniać spokój i stabilność. Ja żyję dla chwil, których się boję, dla tych, kiedy FILDI przejmuje nade mną kontrolę mimo oporów ze strony świadomości. Kiedy nic się nie dzieje, jest mi źle.
W każdym razie, na nic mi refleksje pani Szymborskiej. Co ona chciała mi powiedzieć?
Że mam jedno życie od jego początku do końca i nie zmienię tego, kim jestem (Róża)? Wiem to. I co z tego? W jaki sposób wpływa to na fakt, że nie jestem szczęśliwa w mojej sytuacji? To jest oczywiste i nic z tego nie wynika. Czasem oczywistości nie są tak łatwo dostrzegalne i pod latarnią jest ciemno, ale to...?
Nie lubię nawiązań w wierszach Szymborskiej. Szekspir, Bruegel, Utopia, to takie szkolne.
I co mi Pani mówi? Że jestem młoda i głupia, że nie znam życia i że kiedyś zmądrzeję. Tak to rozumiem. OK, nie zaprzeczam, nie powiem "ale". Ktoś starszy i bardziej doświadczony może się ze mnie śmiać. Po prostu nie lubię Szymborskiej. Nie lubię, kiedy ktoś chce mnie uczyć życia w sposób, który do mnie nie przemawia. Pisała, że "nic dwa razy się nie zdarza", co też jest poniekąd oczywiste. Poniekąd, bo można się z tym nie zgadzać, bo podobno też historia kołem się toczy. Wynikałoby jednak z tego, że niczego nie można młodszych nauczyć. Po co im życiowa wiedza, skoro ich życie będzie całkiem inne?
Przeżyć nie można porównać. Trauma jest traumą. Nie twierdzę przez to, że tak samo ciężko zniosłam moje trudne chwile, jak ci starsi ludzi wojnę. Ale ja też umarłam i przecież nie tylko ja. I teraz jestem w kawałkach, trzymam się tylko na słowo honoru i chciałabym się rozpaść, żeby mnie już nie było. Poddać się byłoby łatwo, ale nie po to dożyłam do dzisiejszego dnia, żeby nie przeżyć do jutra. Nie skończyłam życia i pewnie nigdy go nie skończę, być może nie nadejdzie nigdy chwila, w której mogłabym z satysfakcją położyć się do łóżka i tylko do końca życia liczyć groch, odmierzając w ten sposób czas między śniadaniem a obiadem i obiadem a kolacją. Zawsze można lepiej, więcej, dalej. A jeśli można i jeśli się nie zmuszam, to nie zatrzymam się. Bo dla mnie tak jest najlepiej. Bo ja potrzebuję mojego Fuck It, Let's Do It.
Nie lubię Szymborskiej, bo pisała wiersze codzienne. Dlatego nie widzę w nich tego, co najbardziej doceniam w poezji, czyli silnego przeżywania, głębokich uczuć i wzruszeń. Jest w nich podobno ogromna mądrość, której ja jakoś nie widzę. Za bardzo to dla mnie oczywiste. Za bardzo może zgadzam się z tym, co ona w tych wierszach pisze. Nie widzę w tym nauki. Może i w praktyce są mi obce głoszone przez nią hasła, ale ja to wszystko wiem. Może za bardzo lubi Szymborską moja mama, od której już słyszałam wiele z tego, co w tych wierszach można przeczytać, choć chyba ona sama nie zdaje sobie z tego sprawy.
I nie widzę piękna w tej codzienności. W życiu zapamiętuje się to, co niezwykłe, a nie codzienne sprawy. Dlaczego pamiętam żart, że Monika wypadła z balkonu, a nie pamiętam dziesiątek innych żartów moich znajomych? Dlatego, że tamten wstrząsnął mną tak, że bez butów wybiegłam na dwór, dlatego, że bałam się wyjść na balkon, dlatego, że przez cały wieczór krzyczałam na Monię i Kacpra za to. Nie pamiętam walk z zeszłorocznego Turnieju w Czersku, a pamiętam, że jednemu z rycerzy połamał się miecz. Pamiętam, że kondorzyca była sympatyczna, a jeden z sokołów uciekł na mur zabawnemu czeskiemu sokolnikowi.
Pamiętam wycieczkę rowerową po Czersku i przemiłe chwile nad starorzeczem. Pamiętam każdego pająka, który był w moim pokoju. Pamiętam konika polnego, który jakimś cudem dostał się do naszej kuchni na trzecim piętrze i pamiętam chrabąszcza w sypialni moich rodziców, którego wzięłam za karalucha, chociaż wleciał tam wiele lat temu, kiedy pokój mojego brata był jeszcze sypialnią rodziców.
Codzienność nie ma takiego znaczenia. Jeśli ktoś żyje dla tej codzienności, OK, to nawet lepiej - doceniać spokój i stabilność. Ja żyję dla chwil, których się boję, dla tych, kiedy FILDI przejmuje nade mną kontrolę mimo oporów ze strony świadomości. Kiedy nic się nie dzieje, jest mi źle.
W każdym razie, na nic mi refleksje pani Szymborskiej. Co ona chciała mi powiedzieć?
Że mam jedno życie od jego początku do końca i nie zmienię tego, kim jestem (Róża)? Wiem to. I co z tego? W jaki sposób wpływa to na fakt, że nie jestem szczęśliwa w mojej sytuacji? To jest oczywiste i nic z tego nie wynika. Czasem oczywistości nie są tak łatwo dostrzegalne i pod latarnią jest ciemno, ale to...?
Nie lubię nawiązań w wierszach Szymborskiej. Szekspir, Bruegel, Utopia, to takie szkolne.
I co mi Pani mówi? Że jestem młoda i głupia, że nie znam życia i że kiedyś zmądrzeję. Tak to rozumiem. OK, nie zaprzeczam, nie powiem "ale". Ktoś starszy i bardziej doświadczony może się ze mnie śmiać. Po prostu nie lubię Szymborskiej. Nie lubię, kiedy ktoś chce mnie uczyć życia w sposób, który do mnie nie przemawia. Pisała, że "nic dwa razy się nie zdarza", co też jest poniekąd oczywiste. Poniekąd, bo można się z tym nie zgadzać, bo podobno też historia kołem się toczy. Wynikałoby jednak z tego, że niczego nie można młodszych nauczyć. Po co im życiowa wiedza, skoro ich życie będzie całkiem inne?
Przeżyć nie można porównać. Trauma jest traumą. Nie twierdzę przez to, że tak samo ciężko zniosłam moje trudne chwile, jak ci starsi ludzi wojnę. Ale ja też umarłam i przecież nie tylko ja. I teraz jestem w kawałkach, trzymam się tylko na słowo honoru i chciałabym się rozpaść, żeby mnie już nie było. Poddać się byłoby łatwo, ale nie po to dożyłam do dzisiejszego dnia, żeby nie przeżyć do jutra. Nie skończyłam życia i pewnie nigdy go nie skończę, być może nie nadejdzie nigdy chwila, w której mogłabym z satysfakcją położyć się do łóżka i tylko do końca życia liczyć groch, odmierzając w ten sposób czas między śniadaniem a obiadem i obiadem a kolacją. Zawsze można lepiej, więcej, dalej. A jeśli można i jeśli się nie zmuszam, to nie zatrzymam się. Bo dla mnie tak jest najlepiej. Bo ja potrzebuję mojego Fuck It, Let's Do It.
niedziela, 21 kwietnia 2013
Menu dla FILDI
Mentalne pomarańcze na wzmocnienie FILDI, kolejność przypadkowa:
kisiel
cydr
Słońce
zielony kocyk
Agnieszka
Monia
Jasio
białe kwiaty
herbata
Ze
jeże i inne zwierzątka
Turisas
MSI
Perfekcyjna Pani Domu
kisiel
cydr
Słońce
zielony kocyk
Agnieszka
Monia
Jasio
białe kwiaty
herbata
Ze
jeże i inne zwierzątka
Turisas
MSI
Perfekcyjna Pani Domu
Sprzątanie część pierwsza
Ostatnimi czasy mój pokój wyglądał dość kiepsko. Zapuściłam go po prostu, nie miałam siły i ochoty sprzątać. Szczerze mówiąc, cała się posypałam i wszystko mi się poprzestawiało i jakoś duch Perfekcyjnej Pani Domu mnie opuścił. Już nie chciało mi się pilnować porządku ani czegokolwiek innego.
Zmuszam się do zmiany. Wymusiłam na sobie przeorganizowanie pokoju (z pomocą Jasia <3) i teraz jestem w stanie jak po przeprowadzce.
ALE! Przedwczorajszo-wczorajszy FILDI doprowadził mnie do sukcesu. Więc jestem szczęśliwa.
Więc mam wszystko naraz. Jestem w niesamowitej rozsypce i teraz znów potrzebuję mojego FILDI. Niech będzie silny, będę karmić go mentalnymi pomarańczami. Dziś użyłam do tego słońca. I chyba zaraz zrobię sobie kisiel. Kisiel pomaga.
Borze, borze, kocham świat i kocham tych cudownych ludzi, z którymi spędziłam ostatnią noc, i kocham moje życie, kocham ten czas i tak bardzo kocham.
To takie wspaniałe, tak kochać i to takie okropnie nie kochać.
Słońce, niech świeci Słońce dla mnie i dla Ciebie.
Niech żyje radość.
W moich żyłach płynie cydr, a każda przyszłość będzie dobra.
No i posprzątam.
Karmię mój FILDI piosenką MSI. Can you fucking believe it?
Zmuszam się do zmiany. Wymusiłam na sobie przeorganizowanie pokoju (z pomocą Jasia <3) i teraz jestem w stanie jak po przeprowadzce.
ALE! Przedwczorajszo-wczorajszy FILDI doprowadził mnie do sukcesu. Więc jestem szczęśliwa.
Więc mam wszystko naraz. Jestem w niesamowitej rozsypce i teraz znów potrzebuję mojego FILDI. Niech będzie silny, będę karmić go mentalnymi pomarańczami. Dziś użyłam do tego słońca. I chyba zaraz zrobię sobie kisiel. Kisiel pomaga.
Borze, borze, kocham świat i kocham tych cudownych ludzi, z którymi spędziłam ostatnią noc, i kocham moje życie, kocham ten czas i tak bardzo kocham.
To takie wspaniałe, tak kochać i to takie okropnie nie kochać.
Słońce, niech świeci Słońce dla mnie i dla Ciebie.
Niech żyje radość.
W moich żyłach płynie cydr, a każda przyszłość będzie dobra.
No i posprzątam.
Karmię mój FILDI piosenką MSI. Can you fucking believe it?
sobota, 20 kwietnia 2013
Prokrastynacja i brak motywacji
W tym momencie powinnam coś robić. Coś bardzo ważnego.
Właściwie, są trzy bardzo ważne rzeczy, które powinnam teraz robić.
Zamiast tego oglądam filmy Ze Franka, nawet te, które już widziałam i w sumie częściowo to dobrze, bo Ze Frank motywuje, ale z drugiej strony, oglądam kacze penisy zamiast działać. A teraz piszę na blogu.
Powinnam działać, kończyć, działać i kończyć to, co zaczęłam, ale nie mogę, nie potrafię, boli mnie głowa i nie umiem myśleć i tak bardzo nienawidzę tego, co się ze mną teraz dzieje i mam już niedużo czasu.
Tak rozmyślając, weszłam w zakładki, żeby popatrzeć na to, czym miałam się zajmować i trochę się zmotywować, ale zobaczyłam, że mam w zakładkach to:
Oczywiście, Ze Frank. Kocham go, uwielbiam.
Ze Frank wymyślił coś bardzo ważnego. Było to dawno temu, na długo przed tym, jak go poznałam. Zdaje się, że na długo przed tym, jak powstał nowy a show, pewnie w 2006 roku. Albo jeszcze wcześniej.
F I L D I.
Powinnam okleić sobie cały pokój w F I L D I. To bardzo przydatne, kiedy zaczynam wątpić w sens tego, co robię. Kiedy powoli zaczynam tracić motywację i dochodzę do wniosku, że miałam głupi pomysł. Może i głupi, ale mój. Wynikł z tego, co ja sama osobiście wymyśliłam i z tego, co siedzi w mojej głowie. Ludzie mogą zaakceptować wynik mojego myślenia i mojej pracy lub nie. Zrobią, co zrobią, a ja powinnam tylko dostarczyć im mój bodziec, moją akcję, na którą otrzymam reakcję.
Co to znaczy F I L D I i dlaczego piszę to z odstępami? Zacznę od drugiej części: bo tak mi się podoba. A co do pierwszej: to skrótowiec, jak nietrudno się domyślić.
ef ai el di ai
F I L D I
Fuck
It;
Let's
Do
It!
Pierdolić to, zróbmy to!
Dlaczego miałabym bać się reakcji? Dlaczego niby miałabym wątpić? Przecież jestem genialna, najlepsza na świecie, jestem ostatecznym, najwyższym ideałem. Bo wszystko jest względne, a ponieważ widzę świat swoimi oczami, nie żadnymi innymi, powinnam przyjmować siebie jako centrum wszechświata, bo to ja jestem punktem odniesienia do wszystkiego, co wychodzi ode mnie.
Dlatego F I L D I, zrobię to po swojemu.
Fuck it; let's do it.
Właściwie, są trzy bardzo ważne rzeczy, które powinnam teraz robić.
Zamiast tego oglądam filmy Ze Franka, nawet te, które już widziałam i w sumie częściowo to dobrze, bo Ze Frank motywuje, ale z drugiej strony, oglądam kacze penisy zamiast działać. A teraz piszę na blogu.
Powinnam działać, kończyć, działać i kończyć to, co zaczęłam, ale nie mogę, nie potrafię, boli mnie głowa i nie umiem myśleć i tak bardzo nienawidzę tego, co się ze mną teraz dzieje i mam już niedużo czasu.
Tak rozmyślając, weszłam w zakładki, żeby popatrzeć na to, czym miałam się zajmować i trochę się zmotywować, ale zobaczyłam, że mam w zakładkach to:
Oczywiście, Ze Frank. Kocham go, uwielbiam.
Ze Frank wymyślił coś bardzo ważnego. Było to dawno temu, na długo przed tym, jak go poznałam. Zdaje się, że na długo przed tym, jak powstał nowy a show, pewnie w 2006 roku. Albo jeszcze wcześniej.
F I L D I.
Powinnam okleić sobie cały pokój w F I L D I. To bardzo przydatne, kiedy zaczynam wątpić w sens tego, co robię. Kiedy powoli zaczynam tracić motywację i dochodzę do wniosku, że miałam głupi pomysł. Może i głupi, ale mój. Wynikł z tego, co ja sama osobiście wymyśliłam i z tego, co siedzi w mojej głowie. Ludzie mogą zaakceptować wynik mojego myślenia i mojej pracy lub nie. Zrobią, co zrobią, a ja powinnam tylko dostarczyć im mój bodziec, moją akcję, na którą otrzymam reakcję.
Co to znaczy F I L D I i dlaczego piszę to z odstępami? Zacznę od drugiej części: bo tak mi się podoba. A co do pierwszej: to skrótowiec, jak nietrudno się domyślić.
ef ai el di ai
F I L D I
Fuck
It;
Let's
Do
It!
Pierdolić to, zróbmy to!
Dlaczego miałabym bać się reakcji? Dlaczego niby miałabym wątpić? Przecież jestem genialna, najlepsza na świecie, jestem ostatecznym, najwyższym ideałem. Bo wszystko jest względne, a ponieważ widzę świat swoimi oczami, nie żadnymi innymi, powinnam przyjmować siebie jako centrum wszechświata, bo to ja jestem punktem odniesienia do wszystkiego, co wychodzi ode mnie.
Dlatego F I L D I, zrobię to po swojemu.
Fuck it; let's do it.
piątek, 19 kwietnia 2013
Przygotowanie do maja
Konwalie rosną, bez wypuszcza pąki, a ja przygotowuję prezentację maturalną. Damy radę.
poniedziałek, 1 kwietnia 2013
Good guys
I'm wearing a self-made hat, a scarf by Anna Matilainen, the rest is second hand.
The north, Indians, fairies, the Sami people and nature inspire my style.I make and modify clothes myself. My style has been white and grey for a long time. I never wear bright colours.
I like down-to-earth colours, natural materials and details like lace and embroidery.
I
like colours, self-made clothes, ethnic influences, Finnish national
dresses and natural fibres – I'm allergic to synthetic materials.
Fairies, shamans and other good guys are my style icons.The north, Indians, fairies, the Sami people and nature inspire my style.I make and modify clothes myself. My style has been white and grey for a long time. I never wear bright colours.
I like down-to-earth colours, natural materials and details like lace and embroidery.
Fairies and elves inspire me.
I make and customize my clothes myself.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


